Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzy po trzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzy po trzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

Chwila zadumy

 W środę nie bardzo wiedziałam co napisać, nie umiałam wydobyć z siebie słowa.

Jednego dnia spotykasz człowieka, umawiasz się z nim, że zadzwoni, przyjdzie z wizytą, a po kilku dniach dowiadujesz się, że nigdy już nie spotkasz tej osoby, bo zginęła głupią, bezsensowną śmiercią. 

 

Nikt tak jak ks. Jan Twardowski nie jest w stanie opisać tego stanu.

"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego 

Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stad odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno 

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny 

Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą"

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rok 2015 rokiem dążenia do doskonałości ;-)

Jak to jest, że realizowanie postanowień noworocznych nie jest moją dobrą stroną? 
Dość często stawiam przed sobą nowe wyzwania, by za chwilę o nich zapomnieć.
Bo wyzwania to ja lubię, tylko, że lubię ich za wiele.
Niektóre stawiam sobie, bo tak wypada.
Inne bo po prostu są fajne, może czasami po prostu modne.
Niektórzy kupują impulsywnie, ja impulsywnie wymyślam sobie nowe cele.

Problem tylko potem w ich realizacji.
Nie umiem sobie tego zaplanować.

Przede wszystkim dlatego, że uważałam zawsze, że planowanie jest do bani, bo i tak coś mi wypadnie, co wstrząśnie moim światem. Jakoś tylko do mojego kurzego móżdżka nie docierało, że nie zawsze musi iść wszystko jak z płatka, że sztuka polega na osiąganiu celu pomimo trudność. Zabrało mi sporo czasu odkrycie tego oczywistego faktu. Mam nadzieję, że nie jest już za późno i  uda mi się zmienić to nastawienie. Spece od organizacji nie mogą się mylić. Jak się cel podzieli na mniejsze kawałeczki i spróbuje się wykonać choćby jedno zadani dziennie to będziemy bliżej jego osiągnięcia niż gdy będziemy czekać na sprzyjające warunki.

No tak, ale jak to zwykle bywa już po tygodniu zapominam o małych kroczkach. O czym to świadczy? Najpewniej o tym, że mój cel tak naprawdę nie wynikał z mojej prawdziwej potrzeby lub z pasji. Bo jeśli coś naprawdę kochamy, jeśli stanowi coś sens naszego istnienia, to nie musimy pamiętać o tych małych kroczkach. Ja bez drutów czuję się jak by brakowało mi tlenu. I nawet jeśli są dni, że nie przerobię kilku rzędów, to i tak myślę "koncepcyjnie" i przynajmniej na papierze powstają prost szkice lub mega krótkie opisy nowych robótek. 

Niestety wśród moich wyzwań, które próbuję sobie stawiać, są takie właśnie, które nie wynikają ani z prawdziwej potrzeby, ani z pasji. Stawiam je przed sobą, bo tak wypada, bo wiem, że innym byłoby łatwiej, gdybym się "poprawiła".  Te są skazane z góry na niepowodzenie? Raczej tak. Sztucznie chyba się nie da wyhodować pasji. Mimo to częstsze sprzątanie jak co roku trafia na moją listę. Może jak bym rozpracowała problem, podzieliła na małe cele i codziennie bym realizowała jeden, to może by się okazało, że mam nową pasję - sprzątanie? LOL (wszystkie psy by w okolicy wyzdychały)

Lista moich postanowień na 2015 rok to właśnie taki zbiór wyzwań, które stawiam przed sobą to bardziej lista marzeń o doskonałej, perfekcyjnej Magdzie. 

1. Wydziergam od A do Z 6 sweterków, czyli łącznie z przyszyciem guzików, schowaniem nitek. To najtrudniejsze w całym tym dzierganiu. Mam nadzieję, że dzięki takiemu podejściu będę miała ubrania do noszenia a nie tylko stosy w szafie.

2. Napiszę i opublikuję 1 wzór w miesiącu, choćby miałby to być opis opaski na uszy.  Do tego nie wliczają się wzory, które mam napisane, a z przeróżnych dziwacznych powodów jeszcze ich nie puściłam w eter. 

3. Przeczytam 12 książek z moich półek. Jest to wyzwanie z bloga Ochy achy z książką , które odkryłam dzięki Agacie z Setnej strony. Wyzwanie polega na wybraniu do końca grudnia 12 książek, które trafiły do nas i przeczytaniu 1 w miesiącu. 
A o to mój stosik:


 Kolejność czytania dowolna, więc jeszcze nie wiem, która z nich będzie książką styczniową.

4. Inne fajne wyzwanie książkowe pochodzi z bloga Amelinowa i może być trudniejsze do zrealizowania. Wymaga przeczytania 29 książek wg klucza z załączonej grafiki


5. Będę grała w darta / rzutki i będę pisać o darcie (nie martwcie się, nie tutaj). Może uda mi się wygrać z mężem ;-)

6. Ponieważ od dawna chcę nauczyć się porządnie fotografować, to rozpocznę swój projekt 365days  photo challenge. Nie będę narzucała sobie żadnej listy tematów - po prostu będę cykać fotki mojej rzeczywistości. A fotki będę wrzucać może na 365project, a może po prostu na Insta lub fejsa. 

7. Ograniczę słodycze do minimum, a raczej do 1 dnia w tygodniu - nie tylko sobie, ale i reszcie rodzinki  (marzenie ściętej głowy)

8. Nauczę się robić make-up do pracy - to w ramach nauczenia się czegoś nowego. 

9. Poświęcę 15 - 30 minut dziennie dłużej na sprzątanie niż zwykle - to w ramach dążenia do minimalizmu.

10. Nie przytyję!

I wystarczy, bo co za dużo to nie zdrowo i będę zbyt doskonała na początku 2016 roku i co ja wtedy pocznę, jakie wtedy cele będę przed sobą stawiać?

I zanim się z Wami pożegnam to jeszcze pragnę serdecznie podziękować tajemniczemu Mikołajowi, a raczej pewnie Mikołajce za niespodziankę, którą otrzymałam tuż przed Wigilią. 



A Wy jakie macie plany na 2015 rok???

czwartek, 20 listopada 2014

Czego nowego nauczyłam się w poprzednim miesiącu - wyzwanie dzień 4

Chodzę po domu, przekładam ciuchy i inne rzeczy, tzn. "sprzątam" i rozmyślam nad tym czego to ja nauczyłam się w poprzednim miesiącu. Ponieważ już jestem w takim wieku, że albo się wszystko wie, albo się już jest po prostu za starym by się uczyć nowych rzeczy, to bardzo trudno mi było znaleźć odpowiedź na te pytanie. 

Łatwiej mi jest napisać czego dowiedziałam się w zeszłym miesiącu, bo o nauczeniu się mogę powiedzieć dopiero wtedy, gdy przyswoiłam sobie jakąś wiedzę i umiem ją wykorzystać w praktyce. 

Na razie moim objawieniem jest to, że minimalizm jest dużo trudniejszy niż mógłby się wydawać. Nie wystarczy latać w tych samych portkach na okrągło, z biżuterii nosić tylko zegarek, a w domu mieć dwie szafki na krzyż.  Minimalizm to prostota, porządek, umiar i dyscyplina. 

O ile prostota (bo w sumie głównie o prostotę w życiu mi chodzi), a nawet porządek i umiar wydają się dla mnie czymś oczywistym, to jednak owa dyscyplina spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. 

Oczywiście mam zasady, do których się stosuję, ale cała reszta to wielki spontan - nie chcę mi się sprzątać, to  nie sprzątam, nie chce mi się iść na przyjęcie do "cioci"  to nie idę, mam ochotę czytać 2, 3 a może i 10 bloga na raz, patrząc jednym okiem na robótkę a drugim w telewizor, to tak robię, chcę siedzieć do późna w nocy do siedzę, bo wciąż szkoda mi czasu na spanie, wciąż mi się wydaje, że coś przegapię w obrębie moich zainteresowań, to siedzę.  W rezultacie moja najczęstsza myśl, nierzadko wypowiadana głośno to "jestem zmęczona".

Dopiero te zdania z książki Minimalizm po polsku autorstwa "Anna Mularczyk-Meyer" : 

"Dopóki nie oswoję się z myślą, że nie uda mi się zrobić wszystkiego, co chcę, dopóki nie zrozumiem, iż próbując to robić, niszczę samą siebie, dopóty nie osiągnę wewnętrznej równowagi. Zamiast starać się zaspokoić nienasycenie, trzeba je wyciszyć" 

uświadomiły mi dlaczego tak jest.  Trzeba sobie narzucić dyscyplinę, ograniczenia, by tak jak pisze autorka książki "nie spalić się w rozpaczliwych próbach pochłonięcia całego świata i zrobienia wszystkiego, co lubię i potrafię robić".
  

obrazek pochodzi z  http://gde-fon.com/

 A czego nauczyły się inne dziewczyny? Zajrzyjcie do Uli.




wtorek, 18 listopada 2014

Ulubiona lista muzyczna do pracy kreatywnej - wyzwanie dzień 2

Czasami są takie dni, że wszystko staje na głowie - trzeba zostać dłużej w pracy, w domu okazuje się, że w trakcie czyszczenia komina rozszczelniły się rury wentylacyjne w kominku i dom jest pełen dymu. Dom trzeba wietrzyć, dzieci rozprowadzić po babciach i jeszcze polecieć z powrotem do pracy na jakże przyjemne szkolenie o dupie Maryni i spotkanie z rodzicami.

I tak o to moje plany rowerowe uleciały z dymem ;-)

Tak więc muszę dodać, że przy wczorajszym wyzwaniu pisałam wszystko z przymrużeniem oka, bowiem "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi".  Ja nawet jednego dnia nie mogę zaplanować, tak by się wszystko mi po drodze nie rozsypywało.

A jeśli chodzi o muzykę, to muszę się przyznać, że chociaż jestem żoną faceta znającego się na muzyce, próbującego wielokrotnie od ponad dwudziestu lat zaszczepić we mnie bakcyla, przynoszącego mi w naszych nastoletnich latach składanki muzyczne zgrane specjalnie dla mnie, co i rusz egzaminującego mnie - "a pamiętasz czyje to, a z jakiej to płyty",  to niestety (niestety dla mojego męża) zupełnie, totalnie nie znam się na muzyce, nie słucham, a nawet marudzę mojemu facetowi, żeby słuchał ciszej, nie chodzę na koncerty (ale mężowi nie zabraniam), nie mam  grup, piosenkarzy czy piosenek, bez których nie wyobrażam sobie życia. Od czasu do czasu jakaś melodia wskoczy do głowy, ale z rzadka.  

Co więcej, w działaniach kreatywnych muzyka mi przeszkadza. Kiedy rysuję, maluję czy nawet szyję to niczego nie mogę słuchać, bo muszę myśleeeeeeeeeeeeeć. Kiedy zaś robię na drutach to oglądam TV, czytam książki - papierowe lub e-booki albo serfuję po necie.  Kiedy piszę bloga lub wzory, to wolę ciszę - względną ciszę, bo w moim domu o idealną ciszę bardzo trudno. Muzyka jest dla mnie do tańca, tło w barze, ale nic poza tym.

Jednakże, żeby nie było tak, że ja nic a nic to zaserwuję mój ulubiony kawałek, do którego od czasu do czasu wracam. 



Tak, dostałam całą kasetę "Brothers in arms" Dire Straits od jeszcze wtedy chłopaka. A ten utwór ze względu na saksofon jest tym naj.

A wy macie swoją listę utworów do słuchania przy pracy kreatywnej?
Po prawdziwe inspiracje muzyczne zapraszam do Uli i innych osób biorących udział w wyzwaniu. 




wtorek, 4 listopada 2014

Po złości - tort mięsno-naleśnikowy bezglutenowy i bezmleczny

Myślałam, że nie dam rady dzisiaj przejechać tych założonych 10 km.

Od początku wiedziałam, że nie pojadę w pole za miasto, chociaż to rzut beretem ode mnie. W niedzielę zjechałam z szosy/chodnika tylko na kilkanaście minut, a myślałam, że rzucę rower w krzaki i wrócę do domu na piechotę.

Jednak dzisiaj tylko po ścieżkach rowerowych i też porażka. Po 5 km miałam już zamiar wracać do domu.I nic nie pomogła piękna słoneczna pogoda, ani to że byłam w bojowym nastroju.

A może właśnie dlatego, że byłam w złym humorze. Kiedy robię coś po złości, to wszystko mnie złości. A to siodełko za twarde, a to przerzutki nie tak działają, a to wiatr mi w twarz wieje, a słońce w oczy świeci.

Mam tak samo przy robieniu porządków. Kiedy muszę latać ze szmatą (raczej mopem) lub odkurzaczem, to od razu przypominają mi się wszystkie przykre sytuacje 3 dekady wstecz. Na co dzień mam kłopoty z pamięcią, a tu od razu mi się przypomina, że w 7 klasie koleżanka Marta nie chciała ze mną siedzieć w jednej ławce, że teściowa 20 lat temu wygłosiła jakąś kąśliwą uwagę pod moim adresem, że w pracy …., że … i oczywiście najbardziej mnie wtedy złości, że mój problem się nie rozwiązuje, a ja bym mogła spożytkować czas na coś innego – druty, książka, a do tego to oczywiście rodzinka zaraz przyjdzie i znaku po porządku nie będzie.

Po złości to najlepiej krzyczenie i obwinianie innych mi wychodzi. I kiedy wczoraj weszłam w spór słowny z moim mężem, usłyszałam za plecami płacz córki „To wszystko moja wina”. Ale przecież to nie wina dziecka, to wina życia. Bo przecież to ONO mnie wypróbowuje, rzuca mi kłody pod nogi i sprawdza jak długo będę jeszcze je kochać. To ono zsyła na mnie i na moją rodzinę choroby i inne plagi dnia codziennego, jak przypalony garnek, czy zablokowane konto.

Hm, chyba jednak to ja jestem temu winna, mój brak zapobiegliwość, roztropności, postawa – jakoś to będzie. Oczywiście nie czuję jakobym ponosiła winę za chorobę syna, ale jednak za wszystko inne i owszem. Bo gdybym wiedziała co wiem teraz to bym …

I kiedy tak myślałam o swoich zmorach przejechałam kolejne 5 km. Wróciłam umęczona do domu, ale też z iskierką nadziei, że uda mi się pokonać swoje problemy i słabości jeśli będę walczyć, tak jak dzisiaj walczyłam z ociężałymi nogami i bolącym zadkiem.

A jak człowiek wraca zmęczony wysiłkiem fizycznym to najchętniej zjadłby konia z kopytami albo co najmniej kawał pysznego słodziutkiego tortu. 






Wróć, przecież właśnie rzucam cukier. Skoro tak, to proponuję
 tort mięsno-naleśnikowy bezmleczny i bezglutenowy.


Naleśniki bezmleczne i bezglutenowe


    * 1 duże jajko (albo 2 mniejsze)
    * 2 szklanki wody
    * ½ szklanki mąki z tapioki
    * 1 i ½ szklanki mąki gryczanej
    * szczypta soli
    * łyżeczka/ łyżka roztopionego oleju kokosowego lub masła klarowanego

Zawsze zaczynam od ubicia jajek i dodania 1i ½ szklanki wody, potem stopniowo dodaję mąki, sól i tłuszcz i ewentualnie dolewam jeszcze wodę. Ciasto musi być rzadkie. A ciasto z mąki gryczanej musi postać jeszcze z pół godziny zanim zaczniemy smażyć.

W tym czasie przygotowujemy sos mięsny



    *1 utarta marchewka
    *1 utarta pietruszka
    *1 pokrojona cebula
    * ½ kg mięsa mielonego
    * przecier pomidorowy w kartoniku
    * przyprawy: sól, pieprz, czosnek - ew. zioła włoskie jeśli lubimy.



Podsmażam warzywa na tłuszczu, dodaję mięso. Kiedy będzie podsmażone dolewam wody, tak żeby wody przykrył mięso, dodaję przyprawy – sól, pieprz, czosnek. Duszę, aż będzie mało wody, dodaję przecier i jeszcze duszę kilkanaście minut. Taki sam sos robię do makronu.



Kiedy sos pyrka na ogniu smażę naleśniki.



Do wykonania tortu potrzebne jest jeszcze okrągłe naczynie żaroodporne z pokrywką lub tortownica (którą też trzeba czymś przykryć – choćby folią aluminiową) , którą należy wysmarować tłuszczem. Układam naleśnik, smaruję łyżką sosu mięsnego, przykrywam następnym naleśnikiem, czynność powtarzam do wyczerpania składników, przykrywam na wierzchu naleśnikiem, na który kładę kilka wiórków masła lub 2-3 łyżki przecieru pomidorowego.



Ponieważ nasza dieta jest dietą nie tylko bezglutenową ale też bezmleczną to przykrywam tort pokrywką, żeby naleśnik z wierzchu nie wysechł, ale gdy ktoś je wszystko to może zrobić sos beszamelowy i takim sosem polać potrawę z wierzchu.

Jeśli ktoś jest otwarty na nowe smaki i chciałby wypróbować przepis, a nie ma pod ręką mąki gryczanej (ostatnio jest ona już dostępna nie tylko w sklepach ze zdrową żywnością) to może w młynku do kawy zemleć kaszę gryczaną (najlepiej nie paloną), zaś tapiokę można zastąpić mąką ziemniaczaną.


Takie mi peciu meciu na zdjęciu wyszło, smakowało lepiej niż wygląda. Zdecydowanie fotografowanie żywności jest trudniejsze niż fotografowanie dzianiny :-(

piątek, 10 października 2014

Owce ... i spotkania

Ostatnio w czasie spaceru odkryłam, że na trawniku przy placu z fontannami stoją ... owce. Stadko jest małe (naliczyłam tylko 3 sztuki) i rozproszone (każda w innej części trawnika).


piątek, 3 października 2014

Pochwała prostoty

Dzisiaj na fajsie znalazłam manifest prostego życia po angielsku. Wrzucam na bloga ku pamięci z moim wolnym tłumaczeniem na język polski.



No właśnie, chyba muszę się skupić na ostatniej części tego manifestu, to może wtedy łatwiej będzie te wcześniejsze punkty opanować. 

Wszystkim dziękuję za miłe słowa i życzę miłego weekendu.


wtorek, 23 września 2014

Trochę techniki i człowiek się gubi

Człowiek, czyli ja, oczywiście.

Po pierwsze, dopiero niedawno odkryłam, że większość komentarzy, które ostatnio zostawiłam na blogerze odfrunęło. Nie zwróciłam na początku uwagi, że komentarze w ogóle się nie zapisują.   Wszystko przez przeglądarkę. Nie wiem jak to naprawić, ale wiem, że jak chcę komentować wasze blogi to muszę korzystać z firefoxa, a nie z chrome. Być może to wina ciasteczek i cache, ale nawet tego bez łopatologicznej instrukcji nie potrafię ogarnąć. 


Po  drugie, mój blog raz chce, raz nie chce się aktualizować na waszych paskach ulubionych blogów. 
To też ostatnio odkryłam, że problem się zwiększył odkąd przeszłam na własną domenę. 
Jeśli chcecie być na bieżąco z moimi postami, to pomimo iż ze starego adresu przekierowywani jesteście na nowy adres, lepiej by było abyście zmieniły  adres mojego bloga w listach blogów na www.makneta.com.

Oczywiście jutro zapraszam na Wspólne dzierganie i czytanie

piątek, 19 września 2014

Rzeczy, bez których nie mogę żyć?


Na początku pomyślałam, o jakie fajne, a potem miałam spory kłopot, jako że temat potraktowałam dosłownie i szukałam rzeczy materialnych, a nie osób, wrażeń czy emocji. 

Nie przywiązuję się do rzeczy, są to są, a jak ich nie ma, to też dobrze.  
Aczkolwiek wybrałam rzeczy, których używam codziennie i ułatwiają mi funkcjonowanie lub wiążą się z moim hobby. 


1. Kawa - czasami wystarcza za samo śniadanie, czasami jest jedynym napojem, który piję w ciągu dnia i wtedy wychodzi, że wypijam 2 maks 3 kubki napoju. Wiem, że to nie dobrze, ale jakoś nie mogę przyzwyczaić się do wody, a herbatę pijam bardzo rzadko, soków nie lubię. Co tu pić?

2. Laptop i komórka to prawie jedno i to samo, dużo czasu spędzam przy laptopie, a jak nie mogę to choćby na komórce sprawdzam maile lub fejsa. 

3. W kwiatowym etui leży sobie mój czytnik Kindle, który tutaj symbolem książek czy też słowa pisanego tak w ogóle.

4. Oczywiście nie mogło zabraknąć ulubionych drutów - jak w czerwcu popsuły mi się ulubione czwórki z serii Addi Lace , to na próbę zamówiłam sobie 4,00 Hiya Hiya i jestem tak samo zadowolona jak z Addi Lace. Mają fajną żyłkę i oczywiście są super ostre. 

5. A na koniec - strzałki/rzutki do darta. Nie, nie zrezygnowałam z gry. Wciąga mnie raz bardziej, raz mniej. Nie zawsze mam siłę, czas i ochotę ćwiczyć, ale piątkowego turnieju nie odpuszczam. 

6. Na zdjęciach nie zmieścił mi się rower :-). No może bez przesady, ale polubiłam ten wiatr we włosach. A jeszcze kilka tygodni temu na samą wzmiankę o rowerze mówiłam, dziękuję, wolę posiedzieć. 

Ostatnio znajomy spytał:  "Co się z tobą dzieje? Grasz w darta, zaczęłaś jeździć na rowerze, o co chodzi?" 

No właśnie, co się ze mną dzieje ;-) 


    

wtorek, 16 września 2014

10 rzeczy, których o mnie (jeszcze) nikt nie wie

Nie dam rady wziąć udziału w całym wyzwaniu Uli, ale czemu by nie napisać o 10 rzeczach o mnie, których jeszcze nie wiecie, a może i już wiecie, bo wyczytałyście przez te wszystkie lata między wierszami. 



1. Lubię spać, spać, spać - szczególnie do południa :-) Wieczorem kładę się o nieprzyzwoitej porze, a rano ledwo udaje mi się podnieść zwłoki z łóżka i potem pół dnia myślę głównie o spaniu, a gdy przychodzi czas, gdy normalni ludzie kładą się spać, ja nie mogę zasnąć.

2. Nie cierpię kupować butów, nie cierpię nowych butów. A jak już jakieś buty dopasują mi się do nóg mogłabym nosić je na okrągło -,  nawet mocno zniszczone. 

3. Wiele osób, gdy mnie poznaje uważa, że zadzieram nosa, jestem zarozumiała, a ja po prostu jestem nieśmiała i wolę trzymać się na uboczu. Rzadko mi się zdarza zrobić pierwszy krok. 

4. Nie lubię skarpetek, ale wieczorami mam zimne nóżki. Co ja mam z tymi nogami ;-)

5. Jako dziecko marzyłam o tym, by zostać aktorką lub nauczycielką. Niestety wybrałam to drugie. Chociaż praca nauczyciela ma w sobie coś z aktorstwa. 

6. W tym roku pokochałam lato, gorące lato i zamarzyło mi się życie w tzw. ciepłych krajach i kąpiele w oceanie. Nie wiedziałam jeszcze oceanu. 

7.  Byłam harcerką, zostałam wychowana na ideałach harcerstwa, moimi idolami byli: Andrzej Małkowski - założyciel polskiego harcerstwa, Zośka z Kamieni na Szaniec, bohaterowie powieści Kolumbowie. Rocznik 20 Romana Bartnego, Martin Eden - bohater Jacka Londona. 

8. Od maleńkości byłam łakomczuchem. Wg mojej mamy nigdy nie zadowalałam się jedną porcją kaszki, zawsze chciałam dokładkę. 

9.  Łatwo się denerwuję i mam oczy w mokrym miejscu. Nie potrafię ukrywać tego co czuję, nie wiem jak bardzo bym się starało moje ciało, mimika twarzy zawsze mnie zdradzą.

10. W ogóle nie noszę wydzierganych przez siebie chust. Uwielbiam robić ażury, ale ich nie noszę. 

Tajemnice innych dziewczyn u Uli


    

poniedziałek, 8 września 2014

Rowerem przez świat :-)


Zadeklarowałam tam, że będę codziennie jeździła na rowerze (oczywiście do końca sierpień).             I prawie mi się udało - 2 razy stanęła mi na przeszkodzie pogoda. We wrześniu już nie mam czasu by jeździć codziennie, ale minęło właśnie 3 tygodnie od mojej pierwszej randki z rowerem ;-)

I zafundowaliśmy sobie z mężem małą wycieczkę po okolicy, a towarzyszył nam Pan Księżyc.



Ponieważ w naszej okolicy są górki, to trochę się zmachałam, powrzeszczałam, tak że nie będę jutro mogła mówić i na pewno będzie mnie jutro bolał każdy mięsień. 

Ale nawet nie sądziłam, że tak szybko polubię ten wiatr we włosach ;-) 



Następnym razem będzie już o drutach, albo ... o drutach.


    

sobota, 19 lipca 2014

Kulisy sesji

Cały czas jeszcze wracam do czwartkowych zdjęć. 

W czasie gdy cykałyśmy fotki w pewniej chwili Judytka podeszła i mówi do mojej modelki:

"Ciociu pokażę Ci jak to się robi." (tzn. pozuje)




Julek też oczywiście chciał wziąć udział w sesji, bo jakże by mogła się ona obejść bez niego.


Ciociu - uśmiech proszę


Jak widzicie, nie tylko ciężko pracowałyśmy, ale także dobrze się bawiłyśmy dzięki Judycie i Julkowi. Julkowi to w sumie nie zależało na fotach, bardziej na byciu z ukochaną ciocią.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Nudzi mi się ...

 Nie wiem czy to ta pogoda (zimno, wieje, leje), czy jakaś inna cholera, ale dzisiaj  czuję się tak:


z internetu


Zresztą od pewnego czasu straciłam powera do drutów, coś tam robię, ale powoli i ciągle myślę co by tu nowego wymyślić, czego to ja jeszcze nie robiłam, a mogło być wciągające.


Kiedy po raz pierwszy mój mąż usłyszał, że mi się nudzi, to kapcie mu spadły, a potem próbował zagonić mnie do kuchni, ale NIE NIE NIE, nic z tego. Nie szukam byle jakiego zajęcia, tylko nowego kraftowego hobby.  Jedyny warunek - nie może wymagać skomplikowanych narzędzi i warsztatu.


Możecie mi coś polecić na wakacje?


wtorek, 22 kwietnia 2014

Liebster Award

Beata z bloga Jak pisać poczytnego bloga nominowała mnie do nagrody Liebster Award za co bardzo serdecznie JEJ dziękuję. 





Przyjęcie nagrody wiąże się nie tylko z zaszczytami :-), ale też z ciężką pracą polegającą na nominowaniu 11 innych blogerów i przygotowaniu zestawu pytań dla tych osób, ale o tym następnym razem - pewnie w czwartek.  A także na odpowiedzi na pytania zadane przez osobę nominującą. I dzisiaj postanowiłam odpowiedzieć na pytania Beaty. Nie będzie łatwo, ale mam nadzieję, że dam radę.

1. Skąd wzięłas pomysł na pisanie bloga?

Bloga robótkowego zaczęłam pisać tak dawno temu, że nawet najstarsi górale już tego okresu nie pamiętają :-) A tak na serio, to zaczęło się w 2006 roku od wspólnego olimpijskiego  bloga Sport i robótki i wtedy  postanowiłam założyć własny blog na bloxie Makneta, wtedy interesowało mnie wszystko nie tylko druty, ale też szydełko, decoupage, haft i biżuteria, no i szycie. 

2. Twoj sposob na stymulowanie kreatywnosci?



Nie mam sposobu, bo "kreatywność" i druty stały się w międzyczasie moją obsesją i nawet jednego popołudnia nie umie wytrzymać nie trzymając drutów w rękach. 

3. Co dało Ci (może czego nauczyło) blogowanie?


Po pierwsze, dzięki blogowaniu znalazłam i rozwinęłam prawdziwą pasję - wcześniej też robiłam na drutach, ale nie w takich ilościach. 

Po drugie, jesteście moją grupą wsparcia. Sam fakt, że zagląda tutaj tyle dobrych duszyczek pomaga mi walczyć z przeciwnościami losu, nie siedzę i nie beczę, że życie jest do duuuuuuuuuu, bo mój syneczek jest chory i cały świat jest przeciwko mnie.

Po trzecie, dzięki blogowi poznałam osobiście kilka osób, które podzielają moją pasję i mam nadzieję, że nie dziwią mi się, że hobby przysłania mi cały świat. 

Po czwarte, nauczyłam się nie rzucać się na tysiąc nowych pomysłów, wyzwań, ponieważ wiem, że nie wychodzi mi ich realizacja, a potem muszę się wstydzić za siebie. 

4. Jedna wskazowka (może byc więcej) dla początkujących blogerow.


Mimo iż piszę bloga od dawna, to nie jestem zbyt dobrą osobą do udzielania takich rad. Nie osiągnęłam jakiegoś oszałamiającego sukcesu, ponieważ zawsze kierowałam się zasadą - Bądź sobą, nie udawaj kogoś kim nie jesteś. 
 
5. Talent, praca czy łut szczęscia? (co ma większą moc) 


Myślę, że wszystko po trochu, tzn. potrzebny jest talent i łut szczęścia, bo bez tego nawet bardzo ciężka praca nie przyniesie oszałamiającego sukcesu. Nie neguję ciężkiej pracy. Uważam, że jest ona bardzo ważna, ale życie pokazuje, że potrzebne jest jeszcze to nieuchwytne COŚ. 

6. Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

Wbrew pozorom najważniejsza jest dla mnie oprócz mojej rodziny, umiejętność cieszenia się z drobiazgów. Chciałam napisać, że szczęście, ale taki depresyjny typ jak ja to chyba nie wie czym jest szczęście.

7. Druty czy szydełko?


Druty, druty i jeszcze raz druty. Szydełko też jest fajne, ale boli mnie od niego łapka, więc niestety odpada. 

8. Skąd czerpiesz inspiracje do blogowania i do kreatywnego działania?


Jak wcześniej pisałam pasja doprowadza mnie do obłędu, więc tak jakoś samo mnie nachodzi wymyślanie nowych robótek. Oczywiście dodatkowo blogosfera i fora robótkowe no i fejsbuk dostarczają nowych inspiracji do kreatywnego działania i blogowania. 

9. Co sprawia Ci największą przyjemnosc w życiu?


Trudne pytanie i bardzo osobiste :-) 
Może to nie jest ta największa przyjemność, ale lubię jak mój mąż zabiera Julka i/lub Judytę na spacer, a ja w tym czasie mogę sobie spokojnie porobić na drutach nie będąc odrywaną od robótki co 10 minut. 

10. Mam słabosc do ....


mojej córki :-), a poza tym uwielbiam spać. 

11. Twoje życiowe motto, mysl przewodnia, albo osoba (postac), ktora Cię inspiruje.


Nie będę oryginalna, ale osobą, która mnie inspiruje jest moja śp. BABCIA, która była bardzo kreatywną osobą - szyła, haftowała, robiła na drutach i samodzielnie malowała ściany, itd. Tak w ogóle to Babcia, jej życie i charakter inspiruje mnie na co dzień, nie tylko w robótkach, życie dało jej popalić, a ona zawsze była radosna, zaradna, pełna werwy. 




Jutro zapraszam na kolejny post z cyklu Wspólne Dzierganie i Czytanie, a do czwartku postaram się  przekazać nagrodę Liebster Award dalej i oczywiście przygotować jakieś ciekawe pytania. 

środa, 19 marca 2014

Magia bloga


Post całkiem spontaniczny.

Miałam (tzn. mam) ostatnio sporą zagwozdkę i przez to ogromnego doła. Żadne mizanie nitek, przerabianie oczek, płacze i wygadywanie mężowi nie pomagało. Dzisiaj usiadłam i postanowiłam, że wyżalę się na blogu. Kiedy już napisałam, poczułam, że zrobiło mi się lekko na sercu.  

Nie nacisnęłam magicznego guziczka Opublikuj, ale sama świadomość, że przeczytałoby mnie kilka, kilkanaście życzliwych osób pomogła.  Poczułam prawdziwą radość, że bloguję.

Dlaczego bloguję?

1. To moja pasja, taka sama jak robienie na drutach, a może nawet i większa.

2. Spotykam osoby o podobnych zainteresowaniach, czasami nawet w realu. 

3. Mam miejsce, w którym mogę być sobą i jeśli ktoś tu zagląda i zostaje to dlatego, że jestem jaka jestem.  Nikt mi nie musi kadzić, słodzić, ani udawać, że mnie lubi. 

Dziękuję za to, że jesteście.



niedziela, 16 lutego 2014

Kocham dziergać ... tak po prostu


 A wszystko się zaczęło od artykułu w Wysokich Obcasach

A raczej jak to ostatnio bywa od facebooka, na którym to Yadis opublikowała obrazek z hasłem jako sprzeciw wobec artykułu i traktowaniu po macoszemu naszego hobby. 

W tygodniu nie miałam czasu tego przeczytać, ale wczoraj postanowiłam to zrobić i jakoś nie zrozumiałam oburzenia Yadis. Ale o co chodzi, o co to bicie piany? Przecież nikt chyba nie spodziewała się dziennikarstwa śledczego od pani piszącej artykuł na temat niszowego hobby.  Tak, czy haft, czy szydełko, druty, biżuteria, decoupage to wszystko hobby niszowe.  Jak każde hobby, no może oprócz picia piwa, ma swoich zwolenników / wyznawców, którzy obracają się w gronie podobnych sobie i wydaje im się, że każdy powinien ich znać i oczywiście każdy powinien umieć odróżnić czym ty tak naprawdę się zajmujesz, jaką techniką to wykonujesz i oczywiście jak bardzo się poświęcasz i ile kasy wydajesz na swoje hobby.  I oczywiście ma obowiązek wygoglować cię w internecie. 

A czy bez googlowania będziecie umieli odpowiedzieć na pytanie czym jest steeldart lub softdart? Czym w ogóle jest dart? Bo jak mówię znajomym, że mój mąż gra w darta, to większość patrzy na mnie tak jakby zobaczyli UFO. I czy to powód do złości, oburzenia, niezadowolenia, że nie znają sportu, który tak jest popularny w Wielkie Brytanii lub Stanach.  Jak to, mój mąż i kilkudziesięciu jemu podobnych spotykają się co tydzień lub 2 razy w tygodniu, jarają się grą, walczą o puchary, a cała reszta nigdy o tym nie słyszała. Oburzające po prostu.

Wracając do artykułu w Wysokich Obcasach i komentarzy pod nimi, to te komentarze dopiero są oburzające (prawie wszystkie). Cała rzecz rozbija się o hafty wykonane techniką łańcuszkową. Są one ilustracjami bajek lub po prostu scenkami rodzajowymi. Babcia pani Basi Metelskiej (która postanowiła otworzyć firmę sprzedającą za grube setki kopie tych haftów) haftowała je, kiedy już była przykuta do łóżka. Pani Metelska ponoć bezskutecznie próbowała znaleźć osoby, które by się podjęły haftowania kopii tych obrazków i stąd wysnuła wniosek, że Polska jest krajem, w którym nikt się nie interesuje haftem. I że tylko trzeci świat jeszcze haftuje.  I panie blogerki, hafciarki poczuły się urażone, że jak to, one haftują, swoje piękne prace prezentują na blogach, a te scenki rodzajowe to takie szkaradzieństwa, że żadna z nich by nie podjęła się nigdy wykonania czegoś takiego.  

Gdy wpiszemy w google frazę "haft blog" to prawie same blogi z haftem krzyżykowym się pojawiają. 
I jak porównywać haft krzyżykowy, liczony, który zazwyczaj wykonujemy wg dokładnego wzoru komputerowego
do takiego obrazka
 (zdjęcie pochodzi ze sklepu Pola Parysek)

To jakby porównywać Nikifora do Matejki. Obaj byli malarzami, ale technika zupełnie inna. Czy ktoś w dzisiejszych czasach głośno śmie powiedzieć, że Nikifor Krynicki nie był artystą? Że prymitywizm lub sztuka naiwna to nie sztuka?


Pewnie wielu z nas by powiedziało, że śmiało, namalują coś takiego jak Nikifor.  I tak samo wyhaftują coś takiego jak pani Pola Parysek, najpierw sobie narysują obrazek, dobiorą samodzielnie kolory i wyhaftują. I dobrze.


Wracając do tytułu mojego dzisiejszego wpisu.
Kocham dziergać ..., ale nie mam zamiaru nikogo nie tylko zmuszać, ale nawet zachęcać, by kochał to co ja robię.
Kocham dziergać... , ale nie mam zamiaru nawet nikogo przekonywać do mojej pasji.
Kocham dziergać i nie czuję się obrażona, gdy ktoś uważa, że jestem dziwakiem, gatunkiem na wymarciu.
Nie można mnie w ten sposób obrazić, bo robię to co kocham i to zapewnia mi wystarczająco wysokie mniemanie o sobie, by pokiwać głową, zaśmiać się z takiej uwagi jak z dobrego żartu i ROBIĆ SWOJE.

Nie mam misji uszczęśliwiania świata, wystarczy mi:
że mantra liczenia oczek pozwala mi się poczuć szczęśliwą choć przez chwilę,
że uszczęśliwiam od  czasu do czasu jakąś osobę wytworem swoich rąk,
że czyta mnie tutaj kilka osób, które czują się zainspirowane.

A a Wy co o tym myślicie?




piątek, 14 lutego 2014

Tydzień minął

I nareszcie weekend. 
Pierwsze dni powrotu do pracy po dłuższej przerwie są zawsze męczące. Czasu w domu na przyjemności jak na lekarstwo, nawet jeśli ta praca nie zajmuje 8 godzin dziennie, ale wszystko wychodzi jakoś wolniej, bo człowiek zmęczony.
A najbardziej w człowieku zmęczone jest GARDŁO i ŁYDKI ;-) Nerwy jeszcze nie, na szczęście.
Gardło to newralgiczny punkt każdego nauczyciela, trzeba dużo mówić, czasami głośno.
Ale dlaczego łydki? A no,  wbrew obiegowej opinii nauczyciel nie pracuje przy biurku, a przy najmniej nie ja, często nawet nie mam czasu wpisać tematu do dziennika, bo cały czas biegam, tańczę i rozrzucam pomarańcze :-) (to oczywiście żart). A do tego, żeby było zabawniej lekcje mam w dwóch budynkach oddzielonych boiskiem i prawie na każdej przerwie kursuję tam i z powrotem.

Ale w sumie to nie o tym dzisiaj chciałam pisać. 
Ponieważ część koleżanek w pracy zadało mi pytanie o Julka, jak się on rozwija i w ogóle co u niego, to pomyślałam, że może i niektórzy z moich czytelników (czytelniczek) też są zainteresowani, bo dawno nie pisałam, a http://makneta.blox.pl/html nie aktualizowałam już od dawna.

Julek to już duży chłopak, w grudniu skończył 11 lat i powinien być w 5 klasie. Jednak Julek wciąż jest w 2 klasie szkoły podstawowej. Chodzi do szkoły specjalnej, w której ma dostosowane zajęcia do jego niewielkich możliwości. Problemem Julka jest nie tylko autyzm ale także znaczne upośledzenie. Nie mówi i pewnie mimo wysiłków różnych specjalistów nie będzie mówił. Krzyczy za to doskonale, wszyscy go słyszą i w szkole i na ulicy i na podwórku. Na szczęście mieszkamy w domu wolno stojącym, to nie ma stresu, że przeszkadza sąsiadom.

Wszyscy mnie pytają czy on rozumie co do niego się mówi. Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie skoro dziecko nie mówi. Ale myślę, że większość tak, tylko że mu nie wychodzi wiele rzeczy. A poza tym on reaguje tylko wtedy, gdy sam coś chce. Nie pokaże na zawołanie nosa czy brzucha,  bo po co, ale jak stojąc za nim powiesz podaj rękę to w większości przypadków to zrobi. Rozumie też kiedy jestem na niego zła, bo coś zbroił, ale i tak się ze mnie śmieje :-)

Jak widzicie obracamy się na poziomie podstawowych czynności życiowych. I nie nie zrobi sobie kanapki, szybciej zje chleb z folią. Wcale mu ona nie przeszkadza. 
Poza tym nie może jeść chleba i wielu innych produktów zawierających gluten, nabiału i cukru. 

Czy obserwuję postępy lub regres? Regresu to raczej nie, chyba, że sezonowo zaczyna się gorzej zachowywać, jest bardziej pobudzony. A postępy są niewielkie. Jest trochę spokojniejszy, mniej łapczywy, ale nie czyta, nie ma pojęcia czym jest matematyka i tak dalej.

Czemu częściej nie piszę o Julku?

Bo ciężko jest pisać o małych postępach, rozwianych złudzeniach, załamaniach. Jest to trudne dla mnie samej jako matki.  

Poza tym nie lubię tzw. "dobrych rad". Nie lubię uwag typu: "Gdybyś robiła to i to, albo gdybyś posłał go do tej i do tej lub tu i tu, to ... cuda by się działy, a tak to masz co masz". 

To tak w ramach Walentynek - post o trudnej miłości. 

 (zdjęcie z początków lipca, ale nawet zdjęcie trudno jest mu zrobić)

PS. Kiedyś częściej pisałam  bardziej osobiście i chyba do tego wrócę, nie pogniewacie się, co?