Szukaj na tym blogu

środa, 19 marca 2014

Magia bloga


Post całkiem spontaniczny.

Miałam (tzn. mam) ostatnio sporą zagwozdkę i przez to ogromnego doła. Żadne mizanie nitek, przerabianie oczek, płacze i wygadywanie mężowi nie pomagało. Dzisiaj usiadłam i postanowiłam, że wyżalę się na blogu. Kiedy już napisałam, poczułam, że zrobiło mi się lekko na sercu.  

Nie nacisnęłam magicznego guziczka Opublikuj, ale sama świadomość, że przeczytałoby mnie kilka, kilkanaście życzliwych osób pomogła.  Poczułam prawdziwą radość, że bloguję.

Dlaczego bloguję?

1. To moja pasja, taka sama jak robienie na drutach, a może nawet i większa.

2. Spotykam osoby o podobnych zainteresowaniach, czasami nawet w realu. 

3. Mam miejsce, w którym mogę być sobą i jeśli ktoś tu zagląda i zostaje to dlatego, że jestem jaka jestem.  Nikt mi nie musi kadzić, słodzić, ani udawać, że mnie lubi. 

Dziękuję za to, że jesteście.



Wspólne dzierganie i czytanie 17

*Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.
Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.
Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie.*


W tym  tygodniu czytam kolejny tom (w dwóch częściach) Millennium, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem". Na razie przeczytałam niewiele, bo zwykle najwięcej czytam w weekend, a ten ostatni poświęciłam dokończeniu I tomu Millennium. Jak przeczytam to dam znać, czy mi się podobała czy nie.

Na drutach zaś sweterek. Wciąż! Jak już pisałam włóczkę znalazłam dopiero w sobotę, więc w tak zwanym międzyczasie zaczęłam dziergać zamotka I-cordem. Nie wiem czy będę nosić, a dzierganie jest niezbyt interesujące, ale jak już zaczęłam to skończę. Robię go tradycyjnie, a nie na laleczce dziewiarskiej czy młynku. 

Dzisiaj to tyle,  bo muszę lecieć do pracy. 

Zapraszam Was na


   


   

wtorek, 18 marca 2014

Macie ochotę na kolejną chustę?

Wiem, że moja szkoła na druty zamarła. Miałam wrzucać jeszcze kolejne instrukcje na mitenki, ale tak byłam zajęta chustą Morning Mist, że nie udało mi się zrobić większej ilości lekcji.  

I w ten sposób tylko 2 osoby wzięły udział w mojej propozycji pt. Zróbmy sobie mitenki. Tak więc obiecany wzór poleci do Tereni i Karto_lanej, tylko bardzo proszę Was o maila na mój adres:
makneta@gmail. com.

Przy okazji przypominam, że tylko do czwartku do północy można wrzucać zdjęcia chusty Morning Mist TUTAJ, albo na mojego maila makneta@gmail.com

W ramach szkoły na drutach chciałabym zaproponować Wam kolejną chustę, taką naprawdę dla początkujących. Większą część chusty będziemy robić oczkami prawymi. Nauczymy się budować kształt chusty trójkątnej, robić zwykłe narzuty, a dopiero w końcowej fazie przyda nam się umiejętność wykonywania oczek lewych i 2 oczek razem. 

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgKFGh0M2aql41iCc8b0xJie70jK_7q8wkoca7wL-jhftG2dYmU4uDjA-vRDefYqnRxm5_s6W7ObrktkWfU-uEvJLtocDIruxmYGEsRmodfBPHL3tR-tj9LwuJEF3kwwHMH3RFC_voINwI/s1600/_MG_5441.jpg


Chusta już pokazywana. Dość łatwa do dostosowania wielkości. Można robić 1 kolorem i rodzajem włóczki. Jeśli chcemy dużą chustę to możemy robić na drutach 4,00 włóczką średniej grubości czyli ok. 100g/300m, albo taką jak ja 100g/500m ze sporą zawartością mohairu. Z tym, że mohairu nie polecam początkującym.
Na moją chustę zużyłam 1 motek włóczki typu Angora Speciale Alize 100g/550m (60% mohair, 40%akryl) oraz 1 motek Kid Mohair Yarn Art 25g/230m (70% kid mohair, 30% poliamide) lub 2-3 motki dowolnego akrylu, wełenki.

W czwartek zapodam pierwsze instrukcje. 
Tym razem nigdzie nie musicie się spieszyć. Wzór będzie dostępny za free.


poniedziałek, 17 marca 2014

Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Dziś szybko i krótko w ramach wyzwania Kapitan Żbik i Skandynawowie

Bardzo długo opierałam się Stiegowi Larssonowi, aż w końcu wydawnictwo Czarna Owca wzięło mnie podstępem. I skoro zaczęłam już kupować to i czytać wypada, czyż nie?  Pierwszy tom w dwóch częściach i zresztą każdy tom Millennium jak i innych książek z tej serii będzie w 2 częściach.



Książka napisana bardzo sprawnie, czyta się szybko, no może poza wątkiem dziennikarstwa finansowego.

Główny bohater Mikael Blomkvist to dziennikarz finansowy i współwłaściciel czasopisma Millennium, który popada w poważne tarapaty z powodu nierzetelności dziennikarskiej. W tej trudnej dla niego sytuacji dostaję propozycję pracy polegającą na napisaniu w ciągu roku historii dość wpływowej i zamożnej rodziny, a przy okazji próbie rozwiązania zagadki zniknięcia młodej kobiety. Blomkvistowi pomaga młoda aspołeczna dziewczyna-haker Lisbeth Salander i razem rozwiązują dramatyczną zagadkę rodziny Vagnerów. Po rozwiązaniu zagadki kryminalnej z przeszłości Blomkvist dzięki Lisbeth doprowadza również do końca sprawę, przez którą został oskarżony o nierzetelność i zniesławienie. 

Chwilami czytanie tej książki sprawiało, że robiło mi się po prostu niedobrze. Po samym tytule spodziewałam się okrucieństwa (szczególnie, że ostatnio i filmowcy i pisarze prześcigają się w epatowaniu ludzką krzywdą jakby to był wyścig zbrojeń) i mimo iż tych opisów nie było zbyt wiele, jednak zrobiły na mnie duże wrażenie.  Nie jest to też kryminał, w którym od początku wiadomo o co chodzi i kto jest głównym podejrzanym i to mi się bardzo w nim podobało.  
Bardzo interesującą postacią jest Lisbeth Salander i głównie dla niej mam zamiar przeczytać kolejny tom Millennium: Dziewczyna, która igrała z ogniem.

niedziela, 16 marca 2014

52 tygodnie szczęścia (1/52)

Postanowiłam spróbować jeszcze raz z tą dokumentacją drobnych chwil, które sprawiają, że życie staje się przyjemniejsze.  Trochę trudno wyrobić sobie nawyk częstego  robienia zdjęć, ale postanowiłam, że będę więcej cykać po prostu komórką i coraz częściej wrzucać zdjęcia na instagram, a potem będę mogła wybrać sobie te 4 na co tygodniowe podsumowanie tygodnia na blogu.

1. Fotka zrobiona w czasie spaceru z pogotowia i apteki do domu.


2. Z pracowni - obraz nad którym pracuję od miesiąca (tzn. pracuję w tym samym czasie nad kilkoma, bo olej długo schnie i trzeba czekać), ale wciąż jeszcze jest nieskończony.  Temat - Żywioły


Takie obcowanie z farbami to prawdziwe odprężenie nawet jeśli nie zawsze wychodzi tak jak by się chciało. 

3. Wciąż pracuję nad swetrem. W sumie to w środę tylko przełożyłam kawałki rękawów na odpowiednie druty i zajęłam się szukaniem odłożonej w bezpieczne miejsce wełny.  Zrobiłam przez to jeszcze większy bajzel niż mam zwykle. A wełnę znalazłam dopiero wczoraj. Tak więc rękawków jest niewiele, bo chociaż wzór mówi inaczej to ja zrobiłam najpierw tułów od dołu do góry, a teraz robię rękawy od góry. I chociaż czas przy robieniu rękawów ciągnie się jak gumaaaaaaaaa, to jestem zadowolona, że w końcu się za nie wzięłam. Przy okazji pooglądałam dzisiaj Annę Kareninę w wersji z 2012 roku.


4. A w tym tygodniu z mężem (tzn. głównie mój mąż, ja tylko asystowałam) zabraliśmy się za wysiewanie ziół. I już po 3 dniach wykiełkowała nam rukola. 



Agnieszka z blogu First Indian Summer też bawi się z 52 tygodnie szczęścia.

sobota, 15 marca 2014

#1 Subiektywny przegląd linków tygodnia



Czyli co wpadło mi w oczy w ostatnim tygodniu.

1. Przede wszystkim cudny sweterek w wykonaniu Moniki z Creative Paruparo


Więcej zdjęć oczywiście znajdziecie u Moniki.

2. Odkryłam też blog (który pewnie dla wielu z Was jest dobrze znany), na którym jest mnóstwo pomysłów na zabawy z dziećmi. Ten blog to Mr Printables
Ja planuję wydrukować na początek kilka zwierzątek do wyszywania dla Judytki


3.  Mam też ochotę na uszycie w końcu tulipanów, a z instrukcją przygotowaną przez Dianę, będzie to mega proste.


4. Ostatnio wspominałam, że zaczęłam korzystać z Bloglovin (od pewnego czasu już nie mogę dodawać sobie nowych blogów na liście czytelniczej, przekroczyłam magiczne 300 blogów obserwowanych), ale jestem za słaba by komuś wytłumaczyć jak to się je. Polecam wpis Beaty z bloga Vademecum blogera    pt. Must have blogera - dodaj przycisk Bloglovin do twojego bloga.

5. Czy pijecie smoothie? Czyli koktajle owocowo-warzywne. Ja dopiero zaczynam i dlatego muszę wypróbować ten Zielony koktajl z liści rzodkiewki:


6. A na koniec pragnę Wam polecić dwa bardzo przydatne artykuły autorstwa Edyty Zając. Oba dotyczą słowa SUKCES. Ten najnowszy odpowiada na pytanie czym jest wg Edyty sukces, a czym nie jest i oczywiście wart jest przeczytania i zastanowienia się nad tym co dla nas jest sukcesem. I drugi (dużo starszy wpis) Dziennik  Sukcesów , to  narzędzie, które mam zamiar zastosować, ponieważ niestety często tracę motywację do działania, gdy nie widzę efektów. Wciąż wydaje mi się, że inni są lepsi, im wychodzi lepiej. Ten blog jest w pewien sposób takim zapisem efektów mojej pracy rękodzielniczej, ale nie tylko rękodziełem człowiek żyje i te kilka minut dziennie na refleksję na pewno mi się przyda.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z podlinkowanych blogów.

piątek, 14 marca 2014

Paleo krok po kroku

Jakiś czas temu w poście Dlaczego tak trudno schudnąć? pisałam o zasadach tej diety, polegających głównie na żywieniu się tak jakby nie istniał przemysł spożywczy, jakby nie istniały zboża, mleko i jego przetwory i cukier. 

Nie jest to jednak łatwe, gdyż od urodzenia w większości jesteśmy uzależnieni od tego przemysłu i często nie wyobrażamy sobie życia bez wszelkich ułatwień typu sos w proszku, przyprawy wieloskładnikowe, a przede wszystkim chleb, ciasteczka, śmietana, jogurt czy też majonez. 

Bardzo przepraszam, jeśli kogoś wpędziłam tamtym artykułem w czarną rozpacz, że one nie potrafią tak ze wszystkiego zrezygnować od razu.

Nie napisałam o 3 fazach przechodzenia na tą dietę.
Faza 1:  3 posiłki otwarte (czyli jemy co chcemy) w tygodniu
Faza 2:  2 posiłki otwarte w tygodniu
i Faza 3:  1 posiłek otwarty w tygodniu i na tej fazie dopiero zaczyna się utrata wagi. 

To jak długo mają trwać faza 1 i 2 zależy od nas i od naszych celów, czy chodzi nam o odchudzanie, czy o zdrowe życie. 

Nie wspomniałam poprzednio o tych fazach, bo sama jakoś o nich nie pamiętałam, a do tego ja przechodziłam na tę dietą zupełnie inaczej i po części nieświadomie i zajęło mi to dużo czasu.



Można powiedzieć, że byłam zmuszona do przejścia na tą dietę.

Po pierwsze, odstawiłam nabiał już jakiś czas temu. Nigdy nie lubiłam mleka, w dzieciństwie zupa mleczna to była najgorsza kara, twarożek na kolacje to ohyda. Odetchnęłam dopiero trochę, gdy na rynku pojawiły się jogurty. Były nawet smaczne i jeszcze żółty ser jadłam i śmietanę. Jednak kiedy okazało się, że Julek nie może jeść mleka i jego przetworów, śmietana przestała się pojawiać na naszym stole ani do zupy, ani jako sos do sałatki. 
Kiedy byłam w ciąży z Judytą odrzucał mnie zapach mięsa i wtedy jadłam sporo jogurtów i żółtego sera. Po pewnym czasie zaczął mnie swędzieć brzuch, nie umiała sobie poradzić z tym swędzeniem i drapaniem (do tej pory mam ślady na brzuchu), poleciałam wystraszona do lekarza, że to objawy rzucawki, a pani doktor po prostu kazała mi odstawić nabiał, bo ewidentnie to była reakcja alergiczna. Po ciąży jeszcze długo nie jadłam nawet jogurtów (tylko niestety wciąż jadłam słodycze) i a próby wprowadzenia jogurtów do diety powodowały wzdęcie brzucha. Leciałam wtedy do sklepu kupowałam Activię, a tu paradoks, brzuch jeszcze bardziej wzdęty.  Ostatni raz jadłam jogurt jakieś 4 lata temu na diecie dukana. Od tamtej pory rzadko dokuczają mi wzdęcia.
Romans z kawą z mlekiem przypłaciłam długim nieżytem żołądka, gdy w grudniu byłam już na Paleo, ale kawa przestała mi smakować, a jak tu żyć bez kawy?  Po tamtym epizodzie prawię nie piję kawy. 

Tak więc dość długo zajęło mi odstawianie mleka, ponieważ nie było to działanie świadome. Bo wciąż tak naprawdę nie wiem na co jestem uczulona, takie mam lajtowe podejście do spraw własnego zdrowia.

Jako leniwa matka od dawna gotuję jeden obiad dla całej rodziny włączając w to Julka będącego na diecie od urodzenia. I dlatego już dość dawno nie było u nas na stole pszenicznego makaronu, lazanie robiłam z ziemniaków i bakłażana zamiast płatów makaronu.  Nie smażyłam prawie nigdy naleśników, nie piekłam ciast, żeby nie drażnić Julka. Próbowałam chleby i ciasta z innych mąk bezglutenowych - takich specjalnie przygotowanych dla alergików, ale one tylko zaostrzały objawy AZS u Julka, więc dałam sobie spokój.   Dodatkami do obiadów był makaron ryżowy, kukurydziany, ryż, kasze bezglutenowe, ziemniaki.  Cały czas gotuję to dla pozostałych domowników. Szczerze muszę przyznać, że nie lubię większości z tych produktów, dlatego rozstałam się z nimi bez żalu już w listopadzie. 

Cały czas jednak problemem był chleb i słodycze ze sklepu.  Nie wiem jak to działa, ale kiedy jem chleb, mam dużą ochotę na słodycze. Kiedy nie jem chleba, słodycze mogą nie istnieć. Tak więc w listopadzie i grudniu radziłam sobie bez chleba, w styczniu i lutym zdarzało mi się wcinać ulubione grzanki, kiedy nie było nic innego do jedzenia w domu.  Teraz jestem wolna od chleba i dzięki temu jestem prawie wolna od słodyczy. O moich sposobach na zachcianki słodyczowe pisałam TUTAJ . A wkrótce zamierzam napisać o tym czym zastępować cukier i jak sobie radzić, gdy ma się ochotę na kromkę chleba. 

Żeby nie pozostawiać artykułu bez zdjęcia podzielę się z wami przepisem na mój dzisiejszy obiad.


Marchewki w glazurze:
Składniki:
*1/2 kg marchewek 
* łyżka tłuszczu
* sól, suszony tymianek
* 2 łyżki miodu, w moim przypadku pół łyżeczki ksylitolu

Wykonanie:

1. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni C
2. Marchew obieramy, myjemy, przekrajemy wzdłuż.  Wrzucamy do naczynia żaroodpornego. Polewamy tłuszczem, solimy i dodajemy trochę roztartego w palcach tymianku. Mieszamy.
3.  Po 20 minutach dodajemy miód lub ksylitol, mieszamy i pieczemy jeszcze 10 -15 minut. Moje były lekko twarde.

Ryba pieczona w folii z jarzynowym sosem

Składniki:
* płat świeżej ryby
* sól i pieprz
* sok z cytryny
* suszony koperek
* cebula
* 1 marchewka i 1 pietruszka
* masło klarowane
* pieprz cytrynowy

Wykonanie:
1. Rybę myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym, skrapiamy sokiem z cytryny, posypujemy solą, pieprzem, koperkiem i zostawiamy na co najmniej godzinę.
2.  Błyszczącą stronę folii aluminiowej smarujemy miękkim masłem. Układamy na tym cienką warstwę marchewki i pietruszki pokrojonej w wiórki, przykrywamy rybą, na rybę znowu kładziemy wiórki marchewki i pietruszki. Dookoła układamy pokrojona w ósemki cebulę i ew. większe kawałki marchewki i pietruszki. Przykrywamy drugim arkuszem folii aluminiowej (też posmarowanej masłem).  Folię szczelnie łączymy ze sobą.
3. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy ok. 1/2 godziny. Po tym czasie odkrywamy wierzchnią warstwę folii i pieczemy przez jakiś czas w zależności czy lubimy bardziej wypieczoną rybę czy wolimy mięciutką.
4. Wyjmujemy rybę. Zostawiamy na chwilę by odpoczęła i zajmujemy się sosem.
5. Warzywa, które piekły się z rybą przekładamy do rondelka, dolewamy trochę gotującej się wody, dodajemy sól i pieprz cytrynowy do smaku i wszystko miksujemy blenderem.