Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 16 listopada 2009

Jestem padnięta

Chociaż skończyłam i czapkę Julka i baktusa (czyli najmodniejszy obecnie szalik) dla niego, to dzisiaj zdjęć nie będzie.

Julek na prostej drodze w domu przewrócił się i skręcił nogę w kolanie. Noga nie opuchła, ale kulał więc po pewnym czasie pojechaliśmy do lekarza rodzinnego, a stamtąd już tylko do szpitala. Założono mu szynę gipsową. Ale co z tego, dzieciak tak się wił podczas zakładania, że od razu pękła w kolanie i jutro czeka mnie najpewniej powtórka z rozrywki. Tak w ogóle to strasznie twardy jest. Potwierdza się kolejny raz teoria, że ma bardzo obniżony próg bólu. Ledwo idzie, ale cały czas do przodu. Nie jestem go w stanie utrzymać ani w łóżku ani na fotelu przez dłuższy czas.

I znowu wyszło smętnie, a miało być tak pięknie ;-)

niedziela, 15 listopada 2009

Czapki i prezenty

Dziś będzie baaaaaaaaaaardzo dłuuuuuuuuuuuugi wpis. Ale zanim zacznę pisać o czapkach, to zobaczcie co dostałam od swojego Secret Pal'a.



Bardzo Ci dziękuję mój Secret Palu.
Paczka dotarła do mnie jak byłam w szpitalu, więc dopiero dzisiaj mogę zrobić stosowny wpis.

I czapki.
Najpierw wyciągnęłam szydełkową czapkę z daszkiem, którą zrobiłam w zeszłym roku. Nie nosiłam jej, chyba troszkę było mi głupio, że ja taka stara i w czapce z daszkiem, ale w tym roku noszę i sobie chwalę.
O to ona:



Wszystkie czapki pokazuję dzisiaj na dziecięcej piłce, nie na modelach.

Potem w ramach dziergania kompletu jesiennego z włóczki Padish zrobiłam sobie beret.






Wzór pochodzi z stąd


Jeszcze muszę dokończyć narzutkę, którą robię drugi raz od początku ponieważ nie podobały mi się zwijające brzegi, a miałam już 3/4, a chyba wiecie jak bardzo nużące jest robienie dżersejem i zrobić mitenki. Mam nadzieję skończyć zanim skończy się jesień.


Postanowiłam też średniemu dziecku wydziergać czapkę. Znalazłam wzór u naszej Truskaweczki, niestety kupiłam zbyt cienką włóczkę, a do tego dziecko stwierdziło, że wolałoby całą czarną. Więc ta będzie na teraz, póki nie ma srogich mrozów, a będę musiała zrobić drugą, tym razem z grubszej i wełnianej włóczki.




Na koniec jeszcze dwie zaczęte czapki - dla Julka:




robię z puchatki wg wzoru znalezionego TUTAJ
Uważam, że ten projekt jest genialny.



I zaczęłam jeszcze jeden beret dla siebie, ale ponieważ nie mam drutów 7 mm oraz zalecanej włóczki, troszeczkę trudno mi dopasować i robię już 3 raz. Dobra szkoła rzędów skróconych.


Wzór pochodzi stąd


piątek, 13 listopada 2009

Sweterek Julka



Jest zdjęcie sweterka, tyle że nie na Julku, któremu niezmiernie trudno jest zrobić zdjęcia, a poza tym dziecie wyjątkowo ostatnio nie w formie.

Początkowo miał być golf, ale nie spodobał mi się, więc sprułam golf, a w jego miejsce zrobiłam kaptur, który i tak służyć ma tylko do ozdoby ;-)

Z dużego motka z Lidla zostało mi jeszcze z 1/3, więc coś pewnie jeszcze popełnię z tej włóczki.

środa, 11 listopada 2009

Jedz, módl się kochaj


We wtorek rano tę właśnie książkę spakowałam do torby, z którą wybierałam się na jednodniowe występy w szpitalu.

Niestety nie przeczytałam zbyt wiele - jakieś 60 stron czekając na zabieg, a większość i tak w stanie przymulenia po tabletce na "odprężenie". Zupełnie nie wiem, dlaczego od lekarzy i pielęgniarek tak trudno wyciągnąć co dają i dlaczego. W każdym bądź razie wierzę na słowo, że to tabletka na odprężenie, bo do szpitala przyjechałam po nieprzespanej niemal nocy (jestem okropnym śpiochem, więc to do mnie niepodobne) i z podwyższonym ciśnieniem.

Czekając na zabieg, między pobieraniem krwi, chodzeniem na USG, zakładaniem wenflonu i licznymi spacerami lekarzy i pielęgniarek zaczęłam czytać książkę, która początkowo rozczarowała mnie. Mimo zawartego w tytule czasownika: módl się, nie spodziewałam się książki o Bogu. Chciałam lekkiej i przyjemniej lektury, a tutaj powieść z pogranicza filozofii, z wszechobecnym Panem Bogiem. Trudno mi oceniać książkę w tej chwili, ale czuję, że wciągnie mnie na dobre. Czyli rozczarowanie było tylko chwilowe.
W szpitalu trudno było mi się skupić, bo cały czas nasłuchiwałam kroków, głosów na korytarzu, a potem już nie czytałam tylko spałam. Wyniki zabiegu (kolejnego w tym roku i to w pełnej narkozie) dopiero za dwa tygodnie. Bałam się narkozy, znowu miliony moich komórek mózgowych uśmierconych. Mąż się śmieje, że najważniejsze, że pamiętam o dzieciach i o nim.
Jaki jest plus chorowania? - mąż ugotowała dwa dni pod rząd przepyszny obiadek - zwykle jest zbyt pochłonięty pracą, żeby znaleźć czas na gotowanie.
Tak więc - jedz i kochaj można powiedzieć, że mam zaliczone ;-)

A na polu robótkowym dużo się dzieje, tak dużo, że nie mam czasu na pisanie bloga. A poza tym musiałam chłopakom pożyczyć monitor, bo ich się spalił, korzystanie z ich kompa jest utrudnione, poza tym jest jakaś grubsza awaria i połowa linków mi się nie otwiera (znajomy z telekomunikacji twierdzi, że komuś kilometry światłowodu były potrzebne, więc sobie pożyczył i teraz wszystko lata na około).

A wracając do robótek, to skończyłam sweter dla Julka, swój sweterek-serwetkę, na który ochotę miałam od bardzo dawna). Kończę teraz szydełkowy golfik z krótkim rękawem, ale jakoś nie specjalnie się w nim czuję.
I wydziergałam pierwszy w życiu beret.
Tylko zdjęć brak. Postaram się wkrótce uzupełnić.

Kolejny raz postanowiłam sobie, że nie będę zaczynać nowych robótek dopóki nie skończę chociaż części starych, bo potem to nie wiadomo dlaczego tył różni się na szerokości od przodu ;-)

Tak więc muszę skończyć ten szydełkowy golfik i jesienny komplecik z Padish Himlaya zanim wezmę się za kolejne robótki.

I jeszcze serdecznie dziękuję za wszystkie miłe słowa dotyczące moich kurteczek. Przepraszam, że nie odpiszę tutaj każdej z Was, oddzielnie ale uwierzcie mi na słowo, że strasznie ciężko jest mi sklecić te kilka zdań, bez przerwy robię błędy, kasuję wyrazy - biedna ta moja głowa, a to nie ona jest chora ;-)
Naprawdę bardzo się cieszę, że podoba się WAM moje szycie.
Będę nieskromna, ale jestem z siebie dumna. Widzę niedociągnięcia, owszem, ale efekt i tak przerósł moje oczekiwania, a kurteczki podobają się nie tylko mi, ale też MOJEMU MĘŻOWI oraz rodzicom, a mój najstarszy syn stwierdził, że wciskam mu kit, że po prostu kupiłam kurtki na bazarze, a teraz próbuję go oszukać.

czwartek, 5 listopada 2009

Kurtka Julka powstała jako pierwsza

Skąd mi w ogóle przyszedł taki pomysł do głowy?
Że ja, osoba nie szyjąca w ogóle ubrań, uszyję kurtkę dziecku?

Robienie zakupów z Julkiem to jest coś dla ludzi o mocnych nerwach.
Czyli nie dla mnie.

Po pierwsze, dziecko jest słusznej wagi i żeby kupić mu ubranie w które mieści się na szerokość, to rękawy muszą sięgać jego kolan.

Po drugie, zakupy wyglądają tak - ja idę do sklepu, oglądam, a mąż z synem pod telefonem czekają w domu na hasło: - przyjedźcie na przymiarkę. Julek nie cierpi sklepów, a może wręcz odwrotnie - w każdym bądź razie jest taki głośny - krzycząco-płaczący, że wszyscy od razu na nas patrzą i zdarzają się różne komentarze. My jesteśmy zdenerwowani i Julek się denerwuje, bo nowe miejsce, tłok i jeszcze coś na niego wciągaja i zciągają z niego.

Tak więc, skoro maszyna jest w domu i kilka numerów Burdy musiałam spróbować.

Wyszło tak sobie, musiałam doszyć patkę pod szyją, bo kaptur wyszedł mi mniejszy -tzn. kaptur wyszedł taki jak na wykroju, ale ja przód troszkę na własną rękę powiększyłam.

Zdjęcie tylko jedno w miarę sensowne udało mi się zrobić, bo dziecko w ruchu cały czas.


wtorek, 3 listopada 2009

Kurtka

W sumie to chciałam najpierw pokazać kurtkę jaką uszyłam dla Julka, ale wymaga paru poprawek i nie doczekała się zdjęcia.
Tak więc pokażę kurtkę Judysi, szyłam ją w niedzielę, a w poniedziałek rano jeszcze ręcznie przyszywałam futerko, bo maszyna już nie dała rady ze wszystkimi warstwami.

Kurteczka jest uszyta z polaru, a od środka ma podszewkę z ociepliną. Nie jest zbyt gruba, na pewno nie nadaje się na mrozy, ale na razie może być. Zawsze mogę jeszcze założyć małej pod spód sweter.

Szyłam ją na podstawie wykroju z Burdy, ale musiałam trochę pokombinować, bo akurat w tym modelu, który wybrałam nie było podszewki. Futerko wokół kapturka i na dole to też moja radosna twórczość ;-)

Troszkę krzywizn widać tu i tam, ale nie mam zbyt dużego doświadczenia w szyciu ubrań.

I w końcu fotki







Teraz by się przydała jakaś nowa czapka, ale zupełnie nie mam siły jej wydziergać. Bo niestety muszę przyznać, że dopadła mnie jakaś całkowita niemoc i ledwo jestem w stanie wykrzesać z siebie trochę siły na moje hobby. Będę chyba musiała kupić jej czapkę - straaaaaaaaaaszneeeeeeee.

Każdy dom potrzebuje balkonu - Rina Frank


Napisana w ciepły sposób historia młodej Żydówki mieszkającej w Hajfie, która poznaje architekta z Barcelony. Wiodą dostatnie spokojne życie, które jednak zmienia się diametralnie w jednej chwili.
Współczesna historia przeplata się ze wspomnieniami dziewczyny z dzieciństwa, które pomimo iż było dość biedne, niepozbawione było najważniejszej rzeczy - miłości rodziców.

Tłem tej opowieści jest młode państwo Izrael - daleki od wymarzonego raju na ziemi. Muszę przyznać, że moja wiedza o świecie - tzn. o tym jak żyją inni ludzie jest skromna, bardzo skromna.

Powieść ta to kolejny potwierdzenie mojej teorii, że to nie ludzie, przyjaciele, rodzina odwracają się od nas, gdy mamy poważne problemy, lecz to my zamykamy się przed światem, odpychamy wszystkich od siebie, ponieważ jest nam źle, skupiamy się na swoim nieszczęściu, a potem jesteśmy zaskoczeni, gdy sobie uświadamiamy, że zostaliśmy sami.