Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2017

Czy mamy prawo być szczęśliwi?

Czy mamy prawo być szczęśliwi, kiedy dookoła tyle zła, biedy, chorób i nieszczęść?


Temat ten chodzi mi po głowie od kilku już miesięcy. Dokładnie od czasu, gdy na fb zamieściłam link do wpisu o szczęściu i okazało się, że jestem egoistką, bo ja tu o szczęściu pitu pitu, a ludzie nie mają co do garnka włożyć. I że w ogóle to dążenie do szczęścia za wszelką cenę, to takie niskie i płaskie i kołczingowe jest, że po prostu niegodne uwagi. 

Może to i niskie, może i płaski, może i niegodne i tak, bardzo egoistyczne, ale uważam, że każdy z nas ma prawo, a wręcz nawet obowiązek, by czuć się dobrze, by być zadowolonym ze swojego życia, by po prostu być szczęśliwym i nikt za niego tego nie zrobi. 


Oczywiście dla każdego szczęście będzie wyglądało inaczej. Być może dla Ciebie szczęście to fura, skóra i komóra. Być może to kasa na koncie, szpanerskie ciuchy i wyjazdy zagraniczne. Myślę jednak, że dla każdego szczęście jest wtedy, gdy czuję się dobrze ze sobą, gdy czuje w sobie spokój i radość tam głęboko, w środku. 

Ale jak to? Jak można czuć spokój i radość gdzieś tam głęboko w środku, gdy tyle chorób dookoła? 

Czy to, że jestem człowiekiem szczęśliwym, znaczy, że nie wiem co to jest empatia? 
A teraz zastanówmy się. Jesteś nieszczęśliwa, zła, niepogodzona ze światem i co robisz by pomóc owym chorym osobom? Nic. 

Wiem, byłam tam. 
Tak byłam na dnie. Na dnie czarnej rozpaczy. 

Kiedy mój obecnie prawie 15 letni syn się urodził, byłam matką pełną zapału, przepełniona radością, że mam kolejnego fajnego synka. Niestety moja radość nie trwała zbyt długo. Wkrótce okazało się, że coś jest z moim synkiem nie tak. Po miesiącach odbijania się od lekarzy i psychologów, po miesiącach i latach słuchania, że jestem nadgorliwą matką, że wymyślam, że po prostu nie umiem odpowiednio zająć się dzieckiem, dowiedziałam się, że mój syn ma autyzm wczesnodziecięcy, po kilku kolejnych, że to nie tylko autyzm. Diagnoza była dla mnie szokiem, przepłakałam wiele dni i nocy, ale miałam w sobie jeszcze moc, jeszcze próbowałam. Jeździłam co tydzień do Białegostoku, potem co 2 tygodnie do Warszawy, a potem na prawie rok przeniosłam się z dwójką małych dzieci do Warszawy, zostawiając w domu dwójkę starszych z mężem. 

W Warszawie codziennie jeździliśmy transportem miejskim przez 2 godziny z naszego miejsca zamieszkania na terapię i wieczorem 2 godziny z powrotem. Walczyłam, kłóciłam się z Bogiem, męczyłam dzieciaka wielogodzinną terapią. I każdego dnia umierałam po kawałku, gdy mój syn patrzyła na mnie tak jakby mnie nie znał, tak jakby mnie nie kochał, tak jakbym była tylko przedłużeniem jego ręki potrzebnym do podania jedzenia lub picia. 

W między czasie założyłam w swoim mieście Stowarzyszenie. Myślałam, że wspólnie razem będziemy pomagać sobie i swoim dzieciom. 

Jednak każdego dnia moje serce rozpadało się na kawałki, gdy widziałam jak choroba odbiera mi moje dziecko, które owszem wyrastało ze spodni czy butów, ale zupełnie nie szedł za tym wzrost intelektualny i umiejętności społecznej.  

Zeszłam na samo dno. Na samo dno rozpaczy. 

 

Gdy po wielu miesiącach rozłąki wróciliśmy do domu, gdy oczywistym się okazało, że nasze wyrzeczenie, nasza walka nie poprawiła stanu naszego dziecka ani odrobinkę, ja przestałam się bronić i dałam się pochłonąć rozpaczy.

Stres związany z nieuleczalną  choroba dziecka jest tak samo wysoki jak stres związany ze śmiercią dziecka. Byłam w żałobie.

Byłam tak nieszczęśliwa jak tylko to można sobie wyobrazić. 

Czy potrafiłam pomóc wtedy komukolwiek? Czy potrafiłam pomóc własnemu dziecku? Czy potrafiłam pomóc moim pozostałym dzieciom? Czy mogłam pomóc wtedy komuś w Stowarzyszeniu? 


Nie będę kłamać, wciąż nie wydobyłam się w pełni z tego bagna. Wciąż jestem w żałobie.  Bo za pierwszym i drugim ciosem, przyszedł kolejny. 

Jak możesz mówić o szczęściu, gdy ludzie nie mają co włożyć do garnka?  

 

Jak  myślicie, czy ktoś w Polsce refunduje koszty (lub refundował te kilka, kilkanaście lat temu) terapii w niepaństwowych ośrodkach? Jeździliśmy z synem po różnych ośrodkach na własny koszt, prowadziliśmy z mężem przez długi czas dwa oddziele gospodarstwa domowe, nasz syn oprócz terapii wymaga(ł) leków i diety. Czy myślicie, że to może pozostać bez echa? 
A jeśli dodać do tego kryzys gospodarczy i naszą krótkowzroczność, to jakie wychodzi równanie? 
Oczywiście gospodarcza katastrofa. I wiele miesięcy, gdy na utrzymanie 6 osób, w tym studenta na studiach dziennych w innym mieście, mieliśmy tylko 1200zł. 

Czy mam o to do kogoś pretensje? Tak. Do siebie, że byłam taka głupia, że dopuściłam do takiej sytuacji. Czy byłam wtedy szczęśliwa. Oczywiście, że nie. 

I znowu sytuacja się powtórzyła, płakałam niemal dzień w dzień przez kilka miesięcy. Czy mogłam wtedy pomóc komuś? Czy mogłam wtedy się pochylić nad innymi osobami, które nie mają co włożyć do  garnka? Nie. Nie mogłam nic dla nich zrobić, gdyż nie umiałam zająć się sobą. 

Wiedziałam  tylko, że mam 2 wyjścia. Albo zrobię wszystko co jest w mojej mocy, by znowu poczuć się szczęśliwą, bo tylko wtedy odzyskam swoje życie, bo tylko wtedy będę mogła normalnie funkcjonować i zająć się swoją rodziną i może jeszcze uda mi się uratować kilka istniej ludzkich (czyli mojej dzieci i ich dobre samopoczucie). Albo nie zostanie mi nic innego jak się poddać i czekać, kiedy ból i ciężar życia przygniecie mnie tak mocno, że nie dam rady wstać z łóżka, że stanie się to o czym marzę, zasnę, zapadnę się w sobie i będę miała tzw. święty spokój, bo już nie będę czuła niczego. 


Wybrałam pierwsze rozwiązanie i każdego dnia uczę się na nowo być szczęśliwą.

 

Uważam, że to mój obowiązek wobec moich najbliższych i wobec tych, którzy mnie wsparli w najtrudniejszych chwilach. Jestem im to winna. Muszę stanąć twardo na własnych nogach, by zająć się swoją rodziną i spłacić dług wdzięczności wobec dobrych ludzi, których spotkałam na mojej drodze. A nie dokonam tego, jeśli nie będę szczęśliwa. 

Potknęłaś się, wpadłaś w błoto, wstań, otrzep się, uśmiechnij się i pamiętaj, że masz PRAWO być szczęśliwa. 

A że nie jest to łatwe? Jest to łatwiejsze niż się wydaje. Skoro mi się udaje czuć się szczęśliwą każdego dnia, to i tobie może się udać.

A Wy jesteście szczęśliwe? Jakie macie swoje patenty na szczęście? 

PS. Zwykle wrzucam własne zdjęcia lub autorstwa mojego męża, ale tym razem skorzystałam z darmowych zdjęć Natalii z Jest Rudo.

piątek, 28 kwietnia 2017

Wiadomość do przyszłości

Czy zastanawiałyście się kiedyś co chciałybyście zostawić po sobie przyszłym pokoleniom? 

Oczywiście my rękodzielniczki chciałybyśmy, aby jak najdłużej przetrwały nasze wyroby, w których tworzenie każdego dnia wkładamy dużo serca. W niejednej rodzinie ręcznie haftowany obrus lub szydełkowa serweta wykonana przez babcię jest przechowywana niczym święta relikwia. Czemu więc byśmy nie miały przekazać naszym potomnym pieczołowicie uszytej narzuty na łóżko, czy wyjątkowej zrobionej na drutach ślubnej sukni lub chusty. Ja sama wciąż przechowuję pierwszy ażurowy sweterek, który wydziergałam swojemu Julkowi oraz sukienkę, którą zrobiłam Judycie do Chrztu Świętego.

Pamiątki te będą mówiły o naszych zainteresowaniach, pasjach, a także będą ukazywały fragmenty naszego życia. Jednakże będą to fragmenty pełne niedopowiedzeń.

wiadomość do przyszłości

Nasz świat, naszą codzienność najlepiej jest po prostu opisać.


środa, 15 marca 2017

Czytacie w obcych językach? - WDiC

Czytacie w obcych językach? 

I nie chodzi mi tu o forum Ravelry czy wpisy blogowe, a o literaturę w języku obcym.

Bo ja przyznaję się bez bicia, że troszkę się lenię. A dobrze by było wyrobić sobie nawyk codziennego czytania. Nic przecież tak nie rozwija jak czytanie. Czyli nic tak nie podnosi umiejętności językowych jak regularna lektura. 

 Dlaczego warto czytać książki w obcych językach?

Czytając książki poznajemy słownictwo, można powiedzieć, że w naturalnym środowisku, tak samo też przeróżne struktury gramatyczne. Ponieważ każdy autor ma swoje ulubione słownictwo, to niektóre zwroty mogą się nam wręcz wdrukować w pamięć.  I dlatego warto sięgać po całe serie. 

Jeśli jesteś w stanie swobodnie czytać literaturę piękną w obcym języku, to znaczy, że twoja znajomość owego języka jest bardzo zaawansowana i bliska rodowitym użytkownikom tego języka. 

Ale czy czekać z czytaniem aż dojdziemy do tak wysokiego stopnia zaawansowania?

1. Moim zdaniem warto korzystać z książek specjalnie przygotowanych dla osób uczących się. W dzisiejszych czasach znajdziemy literaturę dostosowaną do odpowiedniego poziomu. Oczywiście są to często uproszczone wersje znanych książek, lub też historie stworzone specjalnie na potrzeby osób uczących się. Ideałem jest, kiedy książka ma dołączoną wersję audio, bo wtedy możemy słuchać tego co czytamy i w ten sposób, po pierwsze lepiej koncentrujemy się na tym co czytamy, rzadziej odpływamy myślami nie wiadomo gdzie,  a po drugie utrwalamy sobie wymowę słów i kojarzymy ją z pisownią. 

2. Możemy też sięgnąć po oryginalne książki dla dzieci lub młodzieży, ponieważ język w nich jest naturalny ale dużo prostszy niż w literaturze dla dorosłych. 

3. Warto też sięgnąć po książkę, którą już czytaliśmy wcześniej po polsku. Ponieważ znamy ją, wiemy o czym jest, pamiętamy akcję, to nawet sporo ilość nowego słownictwa nie będzie nas zniechęcać.  

Wiem, że sporo osób (ja sama również w przypadku j. hiszpańskiego, o którym sobie co jakiś czas przypominam) chwali sobie naukę poprzez czytanie Harrego Pottera. Książka jest bardzo popularna, więc została przetłumaczona na wiele języków i nie trudno jest znaleźć w sieci kopię książki nie tylko po angielsku, ale i po hiszpańsku, francusku czy norwesku.  A po drugie, jest to książka, która rośnie wraz z bohaterami, a także z  czytelnikiem. Jej pierwszy tom przeznaczony jest dla młodszych dzieci, więc i słownictwo siłą rzeczy jest łatwiejsze niż w tomie siódmym. Ale ponieważ pisarka, jak każdy autor, o czym wspominałam już wcześniej, ma swoje ulubione słownictwo, to używa go często i się nam utrwala. 

4. Kiedy chcecie sięgnąć po książkę w obcym języku, warto najpierw ją przejrzeć i sprawdzić czy na stronie nie ma więcej niż 20 nieznanych wyrazów. Jeśli jest więcej, to takie czytanie będzie męczarnią i lepiej darować sobie taką pozycję.  

Książka, to nie podręcznik, jej czytanie ma sprawiać przyjemność. 

I dlatego najlepiej jest wybierać tematykę, która nam osobiście najbardziej odpowiada. Jeśli po polsku lubię czytać kryminały lub romanse, to nie silę się na czytanie pozycji największych mistrzów literatury światowej w oryginale, tylko sięgam właśnie po kryminał lub romans. I taka właśnie jest moja książka z tego tygodnia - "Pretty Boy" to historia dziewczyny, która niemal całuje ziemię, po której stąpa jej przystojny chłopak - aktor. 

 

Jak wycisnąć najwięcej z czytanej książki?

1. Oczywiście dobrze by było czytać regularnie, każdego dnia przynajmniej pół godziny. Ostatnio (po wielu latach twierdzenia, że na drugie imię mam Chaos) zauważyłam, że nic tak dobrze na mnie nie działa jak małe rytuały i uporządkowany plan dnia i dlatego nawet przyjemności  takie jak czytanie, a już na pewno czytanie w obcym języku wpisuję w swój grafik. 

2. Co robić z nieznanym słownictwem? Można na dwa sposoby. Jeśli rozumiemy kontekst, to omijamy nieznane słówko i idziemy dalej. Ale czasami jest tak, że małe słówko może dużo zmienić i dlatego warto jest trzymać jednak słownik i ołówek pod ręką, by sobie te słówko zanotować. Osobiście nie cierpię pisać po książkach i dlatego w użytku są u mnie karteczki post-it, na których możę zanotować i przykleić taką karteczkę na stronie, gdzie pojawiło się nowe słówko.

Jeśli czytamy na czytniku lub w komputerze, to możemy skorzystać z wbudowanego słownika i nawet dodać zakładkę lub komentarz. 

To jak czytacie w obcych językach? 
A może macie swoje triki na czytanie w obcych językach, by stawały się one coraz mniej obce? 

A na drutach powoli przybywa swetra. 

Przyznam, że nie robiłam niemal w ogóle od kilku miesięcy i kiedy w niedzielę usiadłam na trochę dłużej z drutami i ciężką włóczką, to rozbolały mnie ręce, a barki bolą mnie do tej pory (a dziś już środa przecież). Z każdym rzędem mam więcej oczek, więc jest nadzieja, że pochodzę jeszcze wiosną w tym swetrze. 

A teraz zapraszam Was na 



   

   

piątek, 9 grudnia 2016

Marzysz czy żyjesz naprawdę?

Marzysz czy żyjesz naprawdę?

Ostatnio usłyszałam, że jeśli dążymy do czegoś, o czymś marzymy, a gdy to osiągniemy i nie jesteśmy zadowoleni, jesteśmy rozczarowani, to oznacza to, że to było fałszywe marzenie, nie wynikało ono z głębi duszy, z serca. 

Być może tak.

Bo wiele osób myli marzenia z listą zakupów do odhaczenia.

wtorek, 11 października 2016

Czy można sobie wyrobić nawyk czytania?

Zanim pojawi się środowy wpis z serii WDiC, parę słów o czytaniu książek.

W komentarzach pod moim ostatnim postem Yvonne napisała, że chciałaby znowu zmobilizować się do czytania. I pewnie jest więcej osób, które kiedyś czytały więcej, a które z różnych powodów czytanie zarzuciły. 
Mam kilka pomysłów dla Was, a w sumie to i ja sama skorzystam i sprawdzę czy to działa. 

(tym razem zdjęcie pobrane ze stocka)

piątek, 13 maja 2016

Zapisałam się na Suwalską Ćwiartkę

Jak napisałam tak było.

Zabezpieczałam tyły podczas mojego pierwszego oficjalnego biegu przełajowego.  Dokładnie to byłam ostatnia. 30 kwietnia zrobiłam 6,5 km w większości pod górkę raczej marszem niż biegiem, ale dotarłam. 

droga na Górę Zamkową
droga na Górę Zamkową

  Otworzyłam sezon biegów masowych. 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Podsumowanie marca i plany na kwiecień

Krótki podsumowanie marca

Marzec upłynął mi pod hasłem chorowania i przygotowywania się do kiermaszu wielkanocnego.
O chorowaniu nie ma co dużo pisać, może tylko tyle, że negatywnie wpłynęło na moje bieganie. 
I tak w marcu przebiegłam 29,28 km. Chociaż jak patrzę na poprzednie miesiące, to wcale nie jest aż tak źle. 



piątek, 1 kwietnia 2016

Bieganie w lesie

Na początku marca poprosiłam moją koleżankę Iwonę, by opowiedziała nam o swoich początkach z bieganiem i tak o to powstał artykuł pt. Jak zacząć biegać.
Dzisiaj Iwona opowie nam o bieganiu w lesie, ponieważ już w niedzielę zaczynamy sezon wiosenny Wycieczką biegową (odsyłam do wydarzenia na fejsbuku po więcej szczegółów) w Suwalskim Parku Krajobrazowym.

A teraz już oddaję głos Iwonie.


piątek, 11 marca 2016

Jak zacząć biegać


Dzisiaj poprosiłam by o swoim bieganiu napisała dla Was kilka słów moja licealna koleżanka  Iwona. Iwona pewnie nawet tego nie wie, ale to dzięki niej właśnie w ogóle pomyślałam, by kupić buty do biegania i że to w ogóle możliwe, bym i ja spróbowała biegać.


bieganie

 Jak zacząć biegać…

Moje bieganie zaczęło się ponad 3 lata temu, i pierwsze pół godziny wyglądało dla mnie samej zaskakująco

Nie byłam w stanie biec dłużej niż 5 min a przecież zawsze coś robiłam! A tu proszę.. taka niespodzianka… ale nic to… biegłam, szłam, biegłam szłam… biegałam co drugi dzień, wydłużałam czas bieganie, skracam czas marszu i tak ku swej wielkiej radości przebiegłam pierwsze 5 km bez zatrzymywania radość nieziemska, do polecenia!

Moje pierwsze buty biegowe były kupowane trochę na chybił trafił, miały być do biegania i tyle… potem zaczęłam czytać, jak je dobrać, teren, stopa itd… nie mniej jednak buty są najważniejsze, o numer większe niż normalne, żeby mieć luz i komfort. Do tego dochodzi odzież, odzież termiczna jest ważna, nie przeziębimy się, nie przegrzejemy się, jest lekka wiec to tez duży plus, bawełna utrzymuje wilgoć wiec przy takich temperaturach, jak dziś może doprowadzić do przeziębienia. Nie szalejcie z wielkimi markami, stopniowo, zaczynamy od podstaw  

 Koszula z długim rękawem plus spodnie, dobrze, żeby maiły jeszcze jakiś meszek, żeby było ciepło i pamiętajcie, ubieramy się, jakby na zewnątrz było o 10 stopni cieplej. 

Do tego kurtka od wiatru i deszczu, w miarę lekka, buff na głowę, buff na szyję, rękawiczki, skarpetki do biegania , outdoor i …krem na twarz tłusty, półtłusty i w drogę

Ja najczęściej biegam z rana, wtedy mam energie na cały dzień. Na początku biegałam na głodna, ponoć najlepiej się chudnie, z czasem, jak wybiegania były dłuższe, ponad godzinne wiedziałam, ze mój organizm potrzebuje dodatkowej energii, wiec na ok 40 min przed bieganiem robiłam sobie koktajl warzywno- owocowy, głównie z bananem i zielonymi warzywami i było ok ;-) z czasem poznajemy swój organizm i wiemy, kiedy i co można zjeść, co daje nam energię, w jakim tempie spalamy itd.

Pierwsze miesiące biegania, to utrata wagi, jak już się ustabilizuje wszystko, czasem wskaźnik na wadze może wzrosną, choć objętościowo może być was mniej, i nie martwimy się tym, jest dobrze
Ja teraz jem 5 x w ciągu dnia, zastanawiam się nad tym co jem, unikam kawy, czarnej herbaty, alkoholu, jem dużo warzyw, kasz, węglowodany (jestem wegetarianką) więc u mnie mięsa brak

Aha! Ważne! Przed biegiem rozgrzewka, kilka pajacyków, kilka podskoków, skłony, wskoki, po bieganiu rozciąganie – tu joga jest super próbujemy dotknąć dłońmi do ziemi stojąc na wyprostowanych nogach, w rozkroku, na największym skłonie zostajemy z kilka sekund. 

Zachęcam tez do czytania jeśli nie książek, to prasy biegowej, zawsze to już ktoś cos przepracował i warto korzystać z doświadczenia innych, droga do celu jest szybsza, krótsza

Powodzenia!

Iwona zaczęła biegać tuż przed swoimi 40-tymi urodzinami, udział w biegu o nazwie Pogoń za Boberem w 2013 roku był prezentem jaki sobie sama sprawiła na 40-tkę.

To bieg o długości ok.12 km po lesie w okolicach jeziora Wigry.  W zeszłym roku Iwona przebiegła swój pierwszy Maraton oraz 30km bieg Łemkowski w Bieszczadach. W planach Iwony na najbliższy rok jest udział w biegu Ultra o czym można przeczytać na jej blogu kierunek ULTRA

Z zawodu Iwona jest prawnikiem. Przez długie lata pracowała w korporacjach, aż  powróciła w rodzinne strony i obecnie jest   współwłaścicielką oraz prezesem firmy IdealLine, która zajmuje się sprzedażą sejfów oraz mebli metalowych.

PS. Jeśli mój wpis Ci się spodobał, zainspirował, udostępnij go na fejsbuku, twitterze lub google plus.


wtorek, 1 marca 2016

Podsumowanie lutego i plany na marzec 2016

 Podsumowanie lutego 2016

Nie tak dawno moja koleżanka Asia (przy okazji pozdrawiam serdecznie) podczas naszej niedzielnej posiadówki (kiedy to już było, przez to chorowanie nawet nie mogę spotkać się z koleżankami), gdy pokazywałam skończone robótki, stwierdziła: 

"Ty to na tym blogu tylko tak piszesz i piszesz i nic nie pokazujesz". I dzisiaj niestety też nic nie pokażę, tylko będę pisać i pisać. 

 

Nie pokażę, bo oczywiście nie mam zdjęć - totalny brak warunków. Niby wiem, że można pokazać zdjęcie udziergu na podłodze, na kanapie, na manekinie, ewentualnie na postaci bez głowy, skoro nos czerwony, a oczy zapuchnięte, ale takich zdjęć nie chcę. 

Tak więc luty wypada słabo, brak zdjęć, przeczytana tylko 1 książka, przebiegnięte tylko 21,56 km (chociaż w przepięknych okolicznościach przyrody) , a robótkowo tylko mały szydełkowy chodniczek skończony, bo żakardowy sweter wciąż dziergam.  

W lutym minęło mi 10 lat blogowania i z tej okazji rozpoczęłam cykl postów na temat blogowania z mojej perspektywy. 
oraz

 Oczywiście cały czas piszę o książkach i robótkach w każdą środę i w ramach WDiC tydzień temu popełniłam wpis pt. Czytanie z dziećmi, dzięki któremu wiem, że nie tylko ja mam problem z głośnym czytaniem oraz, że czytanie dzieciom wcale nie jest gwarantem tego, że sięgają one po książki jako dorośli. 


Moje plany na marzec

Jak wiadomo człowiek planuje, a i tak potem wszystko się różnie układa, więc moje plany nie będą zbyt rozbudowane, ale 

1. Będę biegać 

 

i od razu zachęcam Was do tego samego. Ze względu na moją niedyspozycję ominął mnie niedzielny Bieg Wilczym Tropem, który miał być moim pierwszym biegiem ulicznym i najprawdopodobniej nie wezmę też udziału w biegu Suwałki Miss Run 2016, ale jak tylko się wykuruję to wracam do treningów. Tak mi brakuje tego biegania, że chyba zacznę w domu uprawiać slow jogging wynaleziony przez japońskiego profesora Hiroaki Tanaka, który propaguje bieganie z uśmiechem, czyli w tempie Niko Niko. Poza tym już dzisiaj osoby z Suwałk i okolic zapraszam na pierwszą Wycieczkę biegową, która wprawdzie odbędzie się na początku kwietnia, ale cały marzec można się do niej przygotowywać mentalnie oraz fizycznie. 

Pierwsza wycieczka biegowa jak sama nazwa wskazuje ma być pierwszą, potem będą kolejne, a na początku maja są przewidziane przeróżne atrakcje w Parku Linowym Twierdza Jaćwingów w Udziejku niedaleko Suwałk. Wycieczkę biegową będzie prowadziła moja koleżanka z liceum Iwona, która  zaczęła biegać 3 lata temu, a ma już za sobą przebiegnięty pierwszy maraton, a biegi stanowią jej pasję po pracy. Ale wycieczki biegowe mają być okazją do wspólnego, rodzinnego, przyjacielskiego spędzenia niedzielnego przedpołudnia, a nie maratonem, więc serdecznie zapraszam wszystkich do spędzenia aktywnie czasu z nami.

2. Będę się spotykać z innymi osobami twórczo zakręconymi. 

 

Pierwsze spotkanie już w sobotę 5 marca, tzw. Babski Targ, na  którym będzie można spotkać się z innymi osobami twórczymi oraz pouczyć się dziergania na drutach, szydełkowania czy też haftowania. Spotkanie jest dla wszystkich rękodzielników, wprawdzie trzeba potwierdzić na fejsie swoje przybycie, ale nie ogranicza się tylko do wielbicieli nitki i drutów czy igły bądź szydełka. Po prostu bonusem jest warsztat - mini kursik dla początkujących. 

Bowiem postanowiłam wyjść z domu ze swoją pasją i nie tylko spotykam się z dziewczynami dziewiarkami czy rękodzielniczkami, ale też stopniowo wdrażam się w przekazywanie swojej wiedzy innym na żywo. Bardzo mi się to podoba i mam nadzieję, że będzie się rozwijać. Tak się teraz porobiło, że o wszystkich wydarzeniach informuję na fejscie, a na blogu wspominam rzadko, warto więc obserwować mój profil Maknetaknits, by być z tym na bieżąco. 


3.  Koniecznie chcę nagrać kolejny filmik lub dwa z cyklu WDiC

 

Bardzo mi się spodobała taka forma komunikacji z Wami, mam nadzieję, że Wam również. Bardzo bym chciała Wam w ten sposób opowiedzieć o książce "Wielka Magia", więc jak tylko będzie to możliwe i mój głos wróci do mnie, to biorę się do "pracy".

4. Jeśli zaś chodzi o robótki, to jak zawsze mam całe mnóstwo planów.

 

Ale patrząc realnie, to chce przede wszystkim dokończyć mój żakardowy sweter, a potem może zacznę sweterek z Dropsa Cross My Heart




Na Fb padła propozycja, by dziergać wspólnie, więc jeśli jesteście zainteresowane, to dajcie znać i zrobimy Wspólne dzierganie sweterka. Ten bardzo mi się podoba, bo ma paseczki i rzędy skrócone, co sprawia, że konstrukcja jest bardzo ciekawa i dzięki temu nie nudna, a poza tym układ paseczków sprawia, że talia zostaje optycznie wyszczuplona.  

5. Szykują się też prace techniczne na blogu. 

 

Nie bójcie się, nie będzie to nic niezwykłego. Nie mam zamiaru przeprowadzać się na wordpressa (chociaż chodziło mi to po głowie od jakiegoś czasu, ale nie, zdecydowanie nie). Po prostu chcę wgrać nowy szablon. I piszę o tym tylko dlatego, że nie chcę byście były zaskoczone, gdy któregoś pięknego dnia wejdziecie na moją stronkę, a ona wygląda zupełnie inaczej niż dotąd. Ponieważ nie mam pod ręką mojego domowego informatyka, będę musiała jakoś poradzić sobie sama z tą kosmetyczną zmianą. 




A Wam jak minął luty? Wydarzyło się coś szczególnie ciekawego 29 lutego? I jakie macie plany na marzec?

wtorek, 9 lutego 2016

Zdjęcia z porannego biegania

Przyznam Wam, że odkąd biegam, świat jest jeszcze piękniejszy niż wcześniej. 
Zwykle biegam w tym samym miejscu, nuda, czyż nie?
Nic bardziej mylnego. 
Za każdym razem znajdę coś co sprawi, że zatrzymam się by zrobić zdjęcie.
Teraz chcę Wam pokazać zdjęcia z dzisiejszego poranka. 

słońce wśród drzew





chmura odbiająca się w wodzie

słońce wśród drzew

drzewa


mgła nad jeziorem

Mam nadzieję, że poczułyście wiosnę tak samo jak ja.  

**********

W ciągu ostatniego tygodnia przebiegłam tylko 7,62km, co w sumie daje 46,46km od początku roku. 


PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.


wtorek, 2 lutego 2016

Dzień pozytywnego myślenia

Przez ostatnio miesiąc żyłam na fali, czułam flow, wszystko mnie zachwycało, gdzie się nie obróciłam tam same cudowności. A to rzeka skuta lodem, a to roztopy, a to chmury pędzące po niebie, a to ciekawa książka, a to miłe spotkanie, a to zapach farby czy dotyk miękkiego futerka kociego lub włóczki. Aż tu nagle ni z tego ni z owego opadły mnie smutki. 

Jak żyć? 

Rano dowiedziałam się, że dzisiaj jest Światowy Dzień Pozytywnego Myślenia. 

Nie umiałam sobie poradzić z uczuciami, bo niestety relacje międzyludzkiej są dla mnie dość trudnym i ważnym tematem i często wpływają destrukcyjnie na moją motywację do działania. 

Postanowiłam obejść moje smutki dookoła. Tak, właśnie dlatego, że dzisiaj jest dzień pozytywnego myślenia. To dało mi "kopa" by nie pozwolić tym razem roztkliwiać się sobie samej nad sobą tygodniami.

I skorzystałam z mojej starej metody radzenia sobie z  problemami. 

Jak? Bardzo prosto. 

Stworzyłam alternatywny plan działania. Czyli co zrobię, jeśli to co postanowiłam mi się nie uda, lub po prostu widzę, że mój początkowy zamysł nie do końca się sprawdza. 

Mi to zawsze pomaga.  

Na FB wczoraj zapytałam, czym interesujecie się poza rękodziełem i czytaniem książek.  Dziewczyny pisały bardzo fajne odpowiedzi, ale być może niektóre z Was nie mają fb lub może by wolały napisać kilka słów tutaj. Bardzo jestem ciekawa co Was nakręca ;-)

**********

A na froncie biegowym - w ciągu ostatnich dwóch tygodni przebiegłam 21,43 km, co w sumie daje 39,02. Niestety nie udaje mi się biegać 3 razy w tygodniu, ciągle coś mi wypada, ale mam nadzieję, że bliżej wiosny  będzie lepiej ;-).

PS2.Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.


niedziela, 17 stycznia 2016

Ciasto z makiem - piegusek bezglutenowy

Dzisiaj znowu słodki przepis. Choć już pora kolacji, ja wam prezentuje moje dzisiejsze śniadanie.

Zima nieodmiennie kojarzy mi się z makiem i pomarańczami. I stąd piegusek, a żeby przełamać jego słodycz, a także słodycz wszystkich słodkości, które pochłonęłam wczoraj wieczorem przy sobotni dzierganiu z Asią i Wiolą, to obowiązkowo do kawałka ciasta skonsumowałam soczystą czerwoną pomarańczę. 

Tym razem ciasto, które mógł zjeść również Julek.

Składniki:

* 1 szklanka białek

* 1 szklanka cukru (u mnie pół szklanki cukru i 1/2 szklanki ksylitolu)

* 1 szklanka maku

* 1 szklanka mąki bezglutenowej

* 1 łyżeczka proszku do pieczenia (bezglutenowego)

* szczypta soli

 

Wykonanie

1. Ubijamy białka z solą, dodajemy cukier i wciąż ubijamy

2. Następnie dodajemy mak, mąkę i proszek do pieczenia.

3. Wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 39 - 40 minut.

U mnie mąka była mieszanką mąki uniwersalnej firmy Schar, mąki gryczanej i zmielonego ryżu i chyba za krótko mieliłam ryż, bo to on oprócz maku chrzęścił trochę w zębach.

Nie dałam samego ksylitolu zamiast cukru, bo ksylitol działa bardzo przeczyszczająco, gdy się nie jest do niego przyzwyczajonym.

 

Prawda, że zima jest piękna?


sobota, 9 stycznia 2016

Przepis na krupnik i zaskakująco smaczne i proste ciasto.

Jeśli chodzi o prace kuchenne to ja tak naprawdę lubię z nich najbardziej jedzenie. 
Ale aby zjeść smacznie i wg własnego gustu to zazwyczaj trzeba sobie ugotować. 
A jako że czasu na gotowanie zwykle mi szkoda to stawiam na postawy proste i stosunkowo szybkie do wykonania. 
Ostatnio można powiedzieć, że zakochałam się w dwóch daniach, które spełniają wszystkie wymienione powyżej kryteria. I dlatego chciałabym Was dzisiaj zaprosić na krupnik, a następnie na naprawdę nieziemskie ciasto.

zupa z ryżem i kiełbasą krupnik


Krupnik bezglutenowy

Zupę tę odkryłam trochę przypadkiem. Została mi resztka ugotowanego ryżu, za mało by zrobić zapiekankę, czy też ryż z jajkami dla całej rodziny. I oczywiście nie miałam też pomysłu na obiad, a chodziła za mną po Świętach zupa. Zwykła jarzynowa w naszej rodzinie jest lubiana tylko przez  Julka, tak więc musiałam trochę jarzynówkę podrasować nie używając glutenu i nabiału.

* 8 ziemniaków pokrojonych w kostkę
* 1 marchewka
* 1 pietruszka
* kilka różyczek kalafiora
* garść mrożonego groszku
(można użyć mrożonej mieszanki warzywnej)
* pół szklanki ryżu
*2 - 3 kawałki kiełbasy
*spora cebula
* masło lub olej do podsmażenia
* przyprawy: ziele angielskie, listek laurowy, pieprz czarny, sól, pieprz mielony, majeranek, papryczka chilli w płatkach, słodka papryka

1. Ziemniaki z warzywami wrzucić do garnka z grubym dnem, podsmażyć przez kilka minut na łyżce tłuszczu.
2. Dolać wody. Dodać ziele angielskie, listek laurowy, pieprz czarny w ziarnach, sól.
3. Gdy woda się zagotuje wrzucić opłukany ryż. Jeśli używamy już ugotowanego wcześniej ryżu to można go dodać dopiero wtedy, gdy ziemniaki będą miękkie. 
4. Podsmażyć kiełbasę z cebulą i dodać do zupy, gdy ziemniaki i ryż będą już miękkie.
5. Przyprawić papryką w proszku i papryczką chilli (2 - 3 sypnięcia przez otworki z pojemniczka) oraz majerankiem. Dosolić i dopieprzyć do smaku. Gotować jeszcze 10 - 15 minut. 

Przyznaję, że takiego tradycyjnego krupnika z kaszą nie jadłam już od wielu lat, ale ten z ryżem bardzo mi smakuje, szczególnie, że przyprawiam go dosyć ostro i dzięki temu jest rozgrzewający. 

A teraz już zapraszam na deser. Przepis specjalnie dla Joasi i Wioli. 

Przepis pochodzi z bloga Dom z Kamienia i nazywa się po włosku Torta di ricotta.



Ricottę początkowo kupiłam do makaronu, ale pomyślałam sobie, że słaba to przyjemność jeść włoski ser z bezglutenowym makaronem, a tylko takie jadamy w domu. Poszukałam więc przepisu na ciasto. Ciasto nie jest ani bezglutenowe, ani bezmleczne. Cóż czasami przyrządzam coś co nie nadaje się do podania Julkowi.  Jestem w stanie upiec dwa ciasta, ale nie lubię gotować dwóch obiadów.

* 3 jajka
* 30 dkg cukru
* 30 dkg mąki
*  30 dkg ricotty
* czubata łyżeczka proszku do pieczenie
* cukier waniliowy
* 100g stopionego masła
* szczypta soli 

1. Jajka ubijamy z cukrem i szczyptą soli na gładką masę (na najwyższych obrotach). 
2.  Nie przerywając ubijania (możemy trochę zmniejszyć obroty) dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. 
3. Teraz wrzucamy ricottę (ja daję na taką porcję 1 opakowanie 25dkg i też jest dobrze) i na końcu stopione masło. 
4. Mieszamy, wylewamy na formę wyłożoną papierem do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 30 - 40 minut.
 

Jak widać po przepisie jest to proste i szybkie ciasto ucierane. Ale gdy się tylko spróbuje, to po prostu niebo w gębie. Cudownie smakuje na ciepło, wprost rozpływa się w ustach, ale równie dobre jest na drugi dzień i dlatego piekę je zwykle z podwójnej porcji. 


Jak widzicie na zdjęciach koniecznie musiała się pojawić również robótka, którą miałam dzisiaj na tapecie podczas naszego dziewiarskiego spotkania Trzech Muszkieterów albo raczej Trzech Muszkieterek.

Czego można chcieć więcej od życia niż filiżanka herbaty i kawałek ciasta w towarzystwie przyjaciółek od drutów. 

 Jak najwięcej takich chwil życzę i Wam.