Ech, życie...
Nie chodzi o to by pójść do baru, by balować.
To samo mogę robić w domu - tylko czasu mi szkoda ;-)
Po prostu wczoraj szłam z Julkiem - musiałam go zmęczyć, żeby poszedł spać - a dookoła unosił się zapach młodości.
Jak miałam właśnie 19 lat spędziłam rok beztroskiego życia w Warszawie. Beztroskiego to nie znaczy - balangi, pijanki, swawole. Po prostu z dala od rodziców, narzeczonego - wolna. Owszem - były jakieś obowiązki, ale i tak był to najbardziej beztroski czas jaki miałam.
Cały czas wierzyłam i wierzę, że z życia trzeba czerpać garściami. Niestety dość szybko się przekonałam, że nie można mieć ciastka i zjeść go. Chociaż cały czas próbuję ;-)
Z moich marzeń z tamtego okresu wróciło do mnie rykoszetem i powaliło mnie jedno - praca z dziećmi autystycznymi.
Skąd mój nastrój w Warszawie?
Bo Warszawa to miasto niespełnionych nadziei. Przyjeżdżam tu od prawie 5 lat z Julkiem - nie obeszłam jeszcze wszystkich specjalistów, bo nie uważam, że jest to konieczne, ale niestety na razie nic nie zadziałało na mojego syna.
Teraz jesteśmy na treningu słuchowym Tomatisa. Jestem sceptycznie nastawiona do tej metody. Ponoć Julek krzyczy ciągle ponieważ jest nadwrażliwy słuchowo, a ten trening ma go unormować, a także ma stymulować rozwój mowy, która u Julka nie istnieje.
Nie mam żadnych złudzeń, ale szukam. Gdzieś musi być furtka do świata mojego syna - chłopca z innej bajki.
A tak w ogóle, to nie wiedziałam jak bardzo jestem uzależniona od drutów. Od niedzieli nie mogę znaleźć czasu by podziergac - zrobiłam raptem parę rzędów nowego sweterka dla córki. A na treningu Julka siedzimy 2 godziny, słuchamy Mozarta, a ja cały czas prawie myślę o drutach. Chyba jutro wezmę ze sobą robótkę - mam nadzieję, że Julek nie będzie już zdejmował słuchawek. Pierwszego dnia zdejmował milion razy, a dzisiaj tylko z tysiąc ;-)
A jednak chciałabym mieć 19 lat, w spokoju posłuchać Mozarta, pójść na spacer na warszawską starówkę nie z krzyczącym i podskakującym 7 latkiem, wypić spokojnie kawę (o przepraszam, wczoraj byłam ze znajomymi i Judytka w Cafe Szparka na cafe latte - żyć nie umierać)
I już nie będę pisała o obsesji zmarszczek - od czasu do czasu mi odbija - działam jak polski sejm, wynajduję sobie jakiś błahy temat zastępczy i rozdmuchuję go do granic możliwości ;-)
Pozdrawiam serdecznie
Makneta
Szukaj na tym blogu
czwartek, 8 lipca 2010
Nie lubię Warszawy...
Etykiety:
trzy po trzy
Nie za korki.
Nie za hałas.
Nie za tłok.
Nie za to, że wszędzie daleko.
Wczoraj wieczorem wybrałam się na spacer Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. Akurat w porze meczu ;-)
Bary, kawiarnie, restauracje wypełnione po brzegi studentami, cała ulica pełna młodych ludzi.
Nie lubię Warszawy, bo uświadamia mi, że nie mam już 19 lat.
Czy chcę czy nie pchają się wspomnienia.
W lustrzę widzę zgorzkniałą 40-tkę i zastanawiam się kiedy przespałam życie.
Nie ważne co zrobię: schudnę, wetrę w siebie tonę kremu, zmarszczki nie znikną, nie wróci dawna Magda.
Nie za hałas.
Nie za tłok.
Nie za to, że wszędzie daleko.
Wczoraj wieczorem wybrałam się na spacer Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. Akurat w porze meczu ;-)
Bary, kawiarnie, restauracje wypełnione po brzegi studentami, cała ulica pełna młodych ludzi.
Nie lubię Warszawy, bo uświadamia mi, że nie mam już 19 lat.
Czy chcę czy nie pchają się wspomnienia.
W lustrzę widzę zgorzkniałą 40-tkę i zastanawiam się kiedy przespałam życie.
Nie ważne co zrobię: schudnę, wetrę w siebie tonę kremu, zmarszczki nie znikną, nie wróci dawna Magda.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Uśpiona czujnośc
Etykiety:
trzy po trzy
Dziękuję za trzymanie kciuków. Julek chorował tylko tę jedną noc. Dzisiaj mamy już za sobą pierwszą noc w Warszawie.
Jak widac mam jednak dostęp do komputera i do internetu.
Przyjechałam aż z 3 dzieci, tylko najstarszy został w domu. Judytka całą sobotę nie mogła doczekac się wyjazdu na wakacje. Nawet w nocy nie mogła spac, jednak wczoraj wieczorem, kiedy tatuś wracał do domu, ona też miała ochotę już wracac z wakacji.
A dzisiaj rano zamiast porannej kawki przy komputerze, siedzę bez kawki, bo cały słoiczek kawki został wysypany przez Julka- mojego amatora mocnych zapachów.
Julek próbował jeśc kawę rozpuszczalną łyżeczką prosto ze słoika, niestety szybko zawartośc wylądowała na dywanie. A wszystko to gdy mam jeszcze przysypiała.
Jak widac moja czujnośc przez ostatnie 2 lata znacznie została uśpiona. Wcześniej nie zostawiłabym słoiczka z kawą na blacie (we własnym domu mam zamykaną kuchnię dla bezpieczeństwa Julka) tylko gdzieś wysoko - szczególnie, że przez te 3 lata, gdy ostatnio mieszkaliśmy w tym mieszkanku Julek sporo podrósł.
Jak tak się zaczął pierwszy dzień naszego pobytu, to ciekawe jak wszystko będzie toczyło się dalej ;-)
Jak widac mam jednak dostęp do komputera i do internetu.
Przyjechałam aż z 3 dzieci, tylko najstarszy został w domu. Judytka całą sobotę nie mogła doczekac się wyjazdu na wakacje. Nawet w nocy nie mogła spac, jednak wczoraj wieczorem, kiedy tatuś wracał do domu, ona też miała ochotę już wracac z wakacji.
A dzisiaj rano zamiast porannej kawki przy komputerze, siedzę bez kawki, bo cały słoiczek kawki został wysypany przez Julka- mojego amatora mocnych zapachów.
Julek próbował jeśc kawę rozpuszczalną łyżeczką prosto ze słoika, niestety szybko zawartośc wylądowała na dywanie. A wszystko to gdy mam jeszcze przysypiała.
Jak widac moja czujnośc przez ostatnie 2 lata znacznie została uśpiona. Wcześniej nie zostawiłabym słoiczka z kawą na blacie (we własnym domu mam zamykaną kuchnię dla bezpieczeństwa Julka) tylko gdzieś wysoko - szczególnie, że przez te 3 lata, gdy ostatnio mieszkaliśmy w tym mieszkanku Julek sporo podrósł.
Jak tak się zaczął pierwszy dzień naszego pobytu, to ciekawe jak wszystko będzie toczyło się dalej ;-)
piątek, 2 lipca 2010
Opadły mi skrzydła...
Etykiety:
odchudzanie,
trzy po trzy
Cała wyprawa do Warszawy stanęła pod znakiem zapytania.
Julek dostał wczoraj wieczorem wysokiej gorączki. Miał zapuchniętą buzię, więc pierwsza moja myśl - świnka.
W nocy biedak nie mógł za bardzo spać.
Rano wciąż miał wysoką temperaturę, ale opuchlizna zeszła - może to było tylko od gorączki.
Ale nie ma żadnych innych objawów.
Problem w tym, że on ani nie powie, ani nie pokaże, że coś go boli.
Ze spraw drobnych, to odkurzyłam wczoraj bloga kulinarnego i zamierzam tam zamieszczac wypróbowane przeze mnie przepisy z diety dr Dukana.
Obiaaaaaaaad!
Jeszcze dzisiaj wrzucę przepis na sernik.
Troszkę zaczęłam się martwic, że jednak bardzo powoli spada mi waga, a można nawet powiedzieć, że się zatrzymała. Ponoć za dużo nabiału w diecie. Spróbuję ograniczyć i jeść więcej mięsa i ryb. Teraz zresztą mam dni białkowo-warzywne, więc zamiast podjadać jogurty będę zajadać się ogórki ;-)
Chociaż muszę przyznać, że jakoś apetyt mi się zmniejszył ;-)
Julek dostał wczoraj wieczorem wysokiej gorączki. Miał zapuchniętą buzię, więc pierwsza moja myśl - świnka.
W nocy biedak nie mógł za bardzo spać.
Rano wciąż miał wysoką temperaturę, ale opuchlizna zeszła - może to było tylko od gorączki.
Ale nie ma żadnych innych objawów.
Problem w tym, że on ani nie powie, ani nie pokaże, że coś go boli.
Ze spraw drobnych, to odkurzyłam wczoraj bloga kulinarnego i zamierzam tam zamieszczac wypróbowane przeze mnie przepisy z diety dr Dukana.
Obiaaaaaaaad!
Jeszcze dzisiaj wrzucę przepis na sernik.
Troszkę zaczęłam się martwic, że jednak bardzo powoli spada mi waga, a można nawet powiedzieć, że się zatrzymała. Ponoć za dużo nabiału w diecie. Spróbuję ograniczyć i jeść więcej mięsa i ryb. Teraz zresztą mam dni białkowo-warzywne, więc zamiast podjadać jogurty będę zajadać się ogórki ;-)
Chociaż muszę przyznać, że jakoś apetyt mi się zmniejszył ;-)
wtorek, 29 czerwca 2010
Jestem z siebie dumna...
Etykiety:
dla dziecka,
odchudzanie,
szycie,
ubrania
Dumna - to może za dużo powiedziane, ale zadowolona - na pewno.
Wczoraj miałam zły dzień, może nie taki bardzo zły, ale jedno wydarzenie rodzinne zachwiało mną całkowicie. Zazwyczaj w takiej sytuacji rzuciłabym się na czekoladę (nie to, że nie było w domu - babcia obdarowała ostatnio dzieci aż nadto), albo na ptasie mleczko, a potem jeszcze bym dogryzła połową chleba.
W złości jedynie zjadłam 5 mufinek - dzienny limit to 3, ale to i tak lepiej niż czekolada lub zwykły chleb.
Niestety nie zdążyłam cyknąć fotki moim mufinkom, więc dzisiaj tylko sam przepis.
Mufinki (można jeść zamiast pieczywa z wędliną lub same, ew. jeśli dodamy słodzika można zjeść na deser)
* 3 jajka
* 1 białko
* 4 łyżki otrąb owsianych
* 2 łyżki otrąb pszennych
* łyżeczka proszku do pieczenia
* 3 łyżki serka homogenizowanego bez tłuszczu lub jogurtu naturalnego 0%
1. Otręby mielimy - można w młynku do kawy. W sekrecie Wam napiszę, że się poleniłam i nie mieliłam.
2. Mieszamy wszystkie składniki - ja najpierw lekko ubijam jajka, a dopiero potem wrzucam resztę.
3. Przekładamy masę do foremki na mufinki (użyłam foremki do babeczek świątecznych)
4. Pieczemy 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
5. 3 sztuki chowamy na drugi dzień.
Poza tym szyję - jedziemy w sobotę a ja staram się skompletować ubranka dla Judyty.
Dzisiaj prezentuję 2 sukienki

Pierwsza uszyta z materiałów z kolekcji Frolic wg instrukcji z netu. Do marszczenia karczku używałam nitki-gumki, ale nie z pasmanterii a dawno kupionej w Lidlu lub jeszcze Plusie w całym zestawie. Niestety gumka szybko się kończy, a dostępna u nas w pasmanterii nie nadaje się do niczego.

Edit: Tę sukieneczkę szyłam wg tutoriala Playful days doublelayer top or dress z tym, że u mnie nie ma dwóch warstw materiału w spódniczce, a po prostu na dole doszyłam pasek tego samego koloru co w części górnej.
Zamiast nitki- gumki, można użyc nitki kapeluszowej.
Druga jest zrobiona na wzór sukieneczki kupionej w H&M (od miesiąca mamy w mieście galerię handlową)

Serdecznie dziękuję za wszystkie miłe komentarze dotyczące mojej Anielicy. Oczywiście nie wszystkim musi się podobać Tilda i tildomania i śmiało można o tym pisać, nie jestem fanatyczką ;-)
Poza tym nie wiem dlaczego tego typu aniołki mają tylko oczy, a nie mają noska i ust, jest jeszcze inny wzór szycia aniołków - z wystającym nosem, może następnym razem wypróbuję właśnie takiego.
Ale na razie nie mam czasu na szycie takich drobiazgów. Chciałabym uszyć jeszcze jakiś ciuszek dla córki przed wyjazdem, a ze sobą zabieram co najwyżej kłębek włóczki i druty.
Wczoraj miałam zły dzień, może nie taki bardzo zły, ale jedno wydarzenie rodzinne zachwiało mną całkowicie. Zazwyczaj w takiej sytuacji rzuciłabym się na czekoladę (nie to, że nie było w domu - babcia obdarowała ostatnio dzieci aż nadto), albo na ptasie mleczko, a potem jeszcze bym dogryzła połową chleba.
W złości jedynie zjadłam 5 mufinek - dzienny limit to 3, ale to i tak lepiej niż czekolada lub zwykły chleb.
Niestety nie zdążyłam cyknąć fotki moim mufinkom, więc dzisiaj tylko sam przepis.
Mufinki (można jeść zamiast pieczywa z wędliną lub same, ew. jeśli dodamy słodzika można zjeść na deser)
* 3 jajka
* 1 białko
* 4 łyżki otrąb owsianych
* 2 łyżki otrąb pszennych
* łyżeczka proszku do pieczenia
* 3 łyżki serka homogenizowanego bez tłuszczu lub jogurtu naturalnego 0%
1. Otręby mielimy - można w młynku do kawy. W sekrecie Wam napiszę, że się poleniłam i nie mieliłam.
2. Mieszamy wszystkie składniki - ja najpierw lekko ubijam jajka, a dopiero potem wrzucam resztę.
3. Przekładamy masę do foremki na mufinki (użyłam foremki do babeczek świątecznych)
4. Pieczemy 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
5. 3 sztuki chowamy na drugi dzień.
Poza tym szyję - jedziemy w sobotę a ja staram się skompletować ubranka dla Judyty.
Dzisiaj prezentuję 2 sukienki

Pierwsza uszyta z materiałów z kolekcji Frolic wg instrukcji z netu. Do marszczenia karczku używałam nitki-gumki, ale nie z pasmanterii a dawno kupionej w Lidlu lub jeszcze Plusie w całym zestawie. Niestety gumka szybko się kończy, a dostępna u nas w pasmanterii nie nadaje się do niczego.

Edit: Tę sukieneczkę szyłam wg tutoriala Playful days doublelayer top or dress z tym, że u mnie nie ma dwóch warstw materiału w spódniczce, a po prostu na dole doszyłam pasek tego samego koloru co w części górnej.
Zamiast nitki- gumki, można użyc nitki kapeluszowej.
Druga jest zrobiona na wzór sukieneczki kupionej w H&M (od miesiąca mamy w mieście galerię handlową)

Serdecznie dziękuję za wszystkie miłe komentarze dotyczące mojej Anielicy. Oczywiście nie wszystkim musi się podobać Tilda i tildomania i śmiało można o tym pisać, nie jestem fanatyczką ;-)
Poza tym nie wiem dlaczego tego typu aniołki mają tylko oczy, a nie mają noska i ust, jest jeszcze inny wzór szycia aniołków - z wystającym nosem, może następnym razem wypróbuję właśnie takiego.
Ale na razie nie mam czasu na szycie takich drobiazgów. Chciałabym uszyć jeszcze jakiś ciuszek dla córki przed wyjazdem, a ze sobą zabieram co najwyżej kłębek włóczki i druty.
piątek, 25 czerwca 2010
Anioł nr 1
Etykiety:
anioły,
Dukan faza II,
lalki,
odchudzanie,
Tilda,
zabawki
Też uległam "tildomanii" ;-)
W sumie to Tildami jestem zauroczona od ponad roku, nawet jedną zrobiłam - grubą plażowiczkę, o przepraszam, jeszcze gdzieś tam czeka na wykończenie królik bez ubranka :-(
Chciałam szyć anioły i laleczki już wcześniej, tylko, że wciąż odwlekałam ten moment.
Aż wreszcie wczoraj doszłam do wniosku, że zamiast kwiatków dla wychowawczyni mojego dziecka, które kończy szkołę zrobię ANIOŁA.
Może nie jest perfekcyjny, moi panowie orzekli, że nie w ich guście, więc wahałam się do ostatniej chwili czy go podarować.
Finału nie będzie, bo Pani nie oglądała przy dzieciach prezentu, więc nie znana jest jej reakcja (jaka by nie była, trudno - mama nadzieję, że trafiłam na osobę, która lubi prace handmade).
No dobrze, już kończę gadać, proszę Was o ocenę. Mogę szyć następne? Czy strata czasu?


Co do diety to cały czas trwam. Nie straciłam do tej pory za dużo, bo tylko ok. 3 kg, ale pocieszające jest to, że mieszczę się w letnie spodnie, w których ostatnio chodziłam 3 lata temu, a zimą gdy ważyłam 72, czyli ciut mniej niż obecnie, nie udało mi się ich zapiąć w pasie, a drugie też już prawie, zapinam się, tylko za dużo sadełka wisi nad pasem. W każdym bądź razie efekty są.
Poprzednie posty napisałam, żeby pokazać, że owszem to nie jest takie łatwe, że tak naprawdę najtrudniej jest poradzić sobie z głową - czyli z myśleniem o jedzeniu.
To niesprawiedliwe, że nas "łakomczuchów" nie traktuje się poważenie. Do większości jedzenia dodawane są substancje wzmagające apetyt, nawet zwykły cukier jest prawie we wszystkim (nawet w wędlinach). Jest to sposób na nakręcanie sprzedaż, a ty potem człowieku się martw i słuchaj, że przecież to tylko twoja wina, że jesteś otyły, że masz problemy z nadmiernym apetytem, że lecisz za czekoladą, czipsami jak pies za kiełbasą.
Alkoholik, palacz - przecież oni nie są sobie winni - to są nałogi, poza tym trudne życie, rodzina, środowisko, oni tacy biedni są.
To taki moje osobiste wynurzenia, nie podparte naukowymi badaniami ;-)
A dzisiaj jeszcze ostatni dzień fazy proteinowo-warzywnej i proponuję
Kurczaka z papryką (dla 4 osób)

* 1kg piersi kurczaka
* 2 papryki (najlepiej zielona i czerwona)
* słoik pędów bambusa
* cebula
* ząbek czosnku
* świeża mięta
* 2 gałązki świeżej kolendry
* 2 łyżki sosu sojowego
* świeży imbir
1. Kurczaka kroimy w paski (czym drobniej pokrojone tym szybciej usmażone), przekładamy do miseczki, wyciskamy ząbek czosnku, siekamy świeże zioła, dodajemy utarty imbir i 2 łyżki sosu sojowego, mieszamy mięso z przyprawami, przykrywamy i wstawiamy na 2h do lodówki.
2. Po 2 godzinach mięso odsączamy od marynaty (marynata będzie jeszcze potrzebna). Kroimy paprykę i cebulę w paseczki.
3. Wrzucamy cebulę na rozgrzaną patelnię (wok byłby idealny) - można dodać 2 krople oleju, podsmażamy cebulkę, wrzucamy mięso i smażymy ok. 5 minut.
4. Wrzucamy paprykę - smażymy 2 minuty, po tym czasie dodajemy odsączoną wcześniej od mięsa marynatę, znowu smażymy ok. 2-3 minut i wrzucamy odsączone pędy bambusa.
Po kolejnych 2 minutach danie jest gotowe.
Dwie uwagi do tego danie: naprawdę trzeba przestrzegać tak krótkiego czasu, w przeciwnym razie nie czuć smaku ziół; najlepiej jest używać świeżych ziół, ale jak nie miałam mięty i kolendry to po prostu użyłam suszonej mięty z herbatki miętowej, a kolendrę - roztłukłam moździerzem ziarna i też wyszło dobrze.
W drugiej fazie można jeść praktycznie wszystkie warzywa OPRÓCZ STRĄCZKOWYCH (nawet świeży zielony groszek czy bób odpadają) i awokado.
Tak więc nie jest źle.
Powodzenia życzę wszystkim walczącym z nałogiem jedzenia.
W sumie to Tildami jestem zauroczona od ponad roku, nawet jedną zrobiłam - grubą plażowiczkę, o przepraszam, jeszcze gdzieś tam czeka na wykończenie królik bez ubranka :-(
Chciałam szyć anioły i laleczki już wcześniej, tylko, że wciąż odwlekałam ten moment.
Aż wreszcie wczoraj doszłam do wniosku, że zamiast kwiatków dla wychowawczyni mojego dziecka, które kończy szkołę zrobię ANIOŁA.
Może nie jest perfekcyjny, moi panowie orzekli, że nie w ich guście, więc wahałam się do ostatniej chwili czy go podarować.
Finału nie będzie, bo Pani nie oglądała przy dzieciach prezentu, więc nie znana jest jej reakcja (jaka by nie była, trudno - mama nadzieję, że trafiłam na osobę, która lubi prace handmade).
No dobrze, już kończę gadać, proszę Was o ocenę. Mogę szyć następne? Czy strata czasu?


Co do diety to cały czas trwam. Nie straciłam do tej pory za dużo, bo tylko ok. 3 kg, ale pocieszające jest to, że mieszczę się w letnie spodnie, w których ostatnio chodziłam 3 lata temu, a zimą gdy ważyłam 72, czyli ciut mniej niż obecnie, nie udało mi się ich zapiąć w pasie, a drugie też już prawie, zapinam się, tylko za dużo sadełka wisi nad pasem. W każdym bądź razie efekty są.
Poprzednie posty napisałam, żeby pokazać, że owszem to nie jest takie łatwe, że tak naprawdę najtrudniej jest poradzić sobie z głową - czyli z myśleniem o jedzeniu.
To niesprawiedliwe, że nas "łakomczuchów" nie traktuje się poważenie. Do większości jedzenia dodawane są substancje wzmagające apetyt, nawet zwykły cukier jest prawie we wszystkim (nawet w wędlinach). Jest to sposób na nakręcanie sprzedaż, a ty potem człowieku się martw i słuchaj, że przecież to tylko twoja wina, że jesteś otyły, że masz problemy z nadmiernym apetytem, że lecisz za czekoladą, czipsami jak pies za kiełbasą.
Alkoholik, palacz - przecież oni nie są sobie winni - to są nałogi, poza tym trudne życie, rodzina, środowisko, oni tacy biedni są.
To taki moje osobiste wynurzenia, nie podparte naukowymi badaniami ;-)
A dzisiaj jeszcze ostatni dzień fazy proteinowo-warzywnej i proponuję
Kurczaka z papryką (dla 4 osób)

* 1kg piersi kurczaka
* 2 papryki (najlepiej zielona i czerwona)
* słoik pędów bambusa
* cebula
* ząbek czosnku
* świeża mięta
* 2 gałązki świeżej kolendry
* 2 łyżki sosu sojowego
* świeży imbir
1. Kurczaka kroimy w paski (czym drobniej pokrojone tym szybciej usmażone), przekładamy do miseczki, wyciskamy ząbek czosnku, siekamy świeże zioła, dodajemy utarty imbir i 2 łyżki sosu sojowego, mieszamy mięso z przyprawami, przykrywamy i wstawiamy na 2h do lodówki.
2. Po 2 godzinach mięso odsączamy od marynaty (marynata będzie jeszcze potrzebna). Kroimy paprykę i cebulę w paseczki.
3. Wrzucamy cebulę na rozgrzaną patelnię (wok byłby idealny) - można dodać 2 krople oleju, podsmażamy cebulkę, wrzucamy mięso i smażymy ok. 5 minut.
4. Wrzucamy paprykę - smażymy 2 minuty, po tym czasie dodajemy odsączoną wcześniej od mięsa marynatę, znowu smażymy ok. 2-3 minut i wrzucamy odsączone pędy bambusa.
Po kolejnych 2 minutach danie jest gotowe.
Dwie uwagi do tego danie: naprawdę trzeba przestrzegać tak krótkiego czasu, w przeciwnym razie nie czuć smaku ziół; najlepiej jest używać świeżych ziół, ale jak nie miałam mięty i kolendry to po prostu użyłam suszonej mięty z herbatki miętowej, a kolendrę - roztłukłam moździerzem ziarna i też wyszło dobrze.
W drugiej fazie można jeść praktycznie wszystkie warzywa OPRÓCZ STRĄCZKOWYCH (nawet świeży zielony groszek czy bób odpadają) i awokado.
Tak więc nie jest źle.
Powodzenia życzę wszystkim walczącym z nałogiem jedzenia.
środa, 23 czerwca 2010
Ratunkuuuuuuuuuu
Etykiety:
odchudzanie,
trzy po trzy
Jem jak smok, piję jak smok!!!!
Po głowie cały czas chodzi mi coś słodkiego.
Od kilku dni próbuję przerobić włóczkę cieniowaną na chustę i po kilku zmarnowanych wieczorach doszłam do wniosku, że nie umiem z takiej włóczki dziergać - żaden wzór mi się nie podoba - ani ażuru ani nupków nie widać. Postanowiłam dać sobie spokój i wziąć się za coś innego.
Tu jednak komputer mi odmówił posłuszeństwa i nie mogłam wydrukować potrzebnych wzorów. Chyba załapałam wirusa i teraz czyszczę. Nie udało mi się poprawić sobie nastroju.
A poza tym podjęłam dzisiaj szybką decyzję, zapisałam Julka na trening słuchowy metodą Tomatisa - myślę, że z korzyścią dla niego, ale znowu wymaga mojego, tzn. naszego wyjazdu do Warszawy i już strach mnie ogarnia, że przez kilka tygodni będę sama z dziećmi w wielkim mieście. Tym razem będą dwa dodatkowe utrudnienia - Julek będzie miał tylko 2 godziny zajęć dziennie, a Judytka nie jeździ już wózkiem, więc ciężej będzie ją spacyfikować. Będę musiała jakoś zapełnić dzieciom cały dzień.
I do tego najprawdopodobniej będę odcięta od świata, tzn. od internetu, bo w komórce mam wyłączoną funkcję, a laptopa nie posiadam.
Oczywiście na tę terapię możemy sobie pozwolić tylko dzięki Waszemu wsparciu i przekazywaniu 1% na konto Julka w fundacji. Dziękujemy bardzo serdecznie.
A przed wyjazdem muszę jeszcze sporo spraw pozamykać - nie wiem jak dam radę. Znowu piszę dwa projekty - może tym razem coś się uda wyrwać dla Stowarzyszenia - chociaż tym razem chodzi o dużo mniejsze pieniądze. I muszę dopiąć festyn, który się odbędzie wprawdzie dopiero w sierpniu, ale wiadomo przygotowania trzeba poprowadzić dużo wcześniej.
I jeszcze drobne ogłoszenie
Szukam sponsorów dla Stowarzyszenia
Po głowie cały czas chodzi mi coś słodkiego.
Od kilku dni próbuję przerobić włóczkę cieniowaną na chustę i po kilku zmarnowanych wieczorach doszłam do wniosku, że nie umiem z takiej włóczki dziergać - żaden wzór mi się nie podoba - ani ażuru ani nupków nie widać. Postanowiłam dać sobie spokój i wziąć się za coś innego.
Tu jednak komputer mi odmówił posłuszeństwa i nie mogłam wydrukować potrzebnych wzorów. Chyba załapałam wirusa i teraz czyszczę. Nie udało mi się poprawić sobie nastroju.
A poza tym podjęłam dzisiaj szybką decyzję, zapisałam Julka na trening słuchowy metodą Tomatisa - myślę, że z korzyścią dla niego, ale znowu wymaga mojego, tzn. naszego wyjazdu do Warszawy i już strach mnie ogarnia, że przez kilka tygodni będę sama z dziećmi w wielkim mieście. Tym razem będą dwa dodatkowe utrudnienia - Julek będzie miał tylko 2 godziny zajęć dziennie, a Judytka nie jeździ już wózkiem, więc ciężej będzie ją spacyfikować. Będę musiała jakoś zapełnić dzieciom cały dzień.
I do tego najprawdopodobniej będę odcięta od świata, tzn. od internetu, bo w komórce mam wyłączoną funkcję, a laptopa nie posiadam.
Oczywiście na tę terapię możemy sobie pozwolić tylko dzięki Waszemu wsparciu i przekazywaniu 1% na konto Julka w fundacji. Dziękujemy bardzo serdecznie.
A przed wyjazdem muszę jeszcze sporo spraw pozamykać - nie wiem jak dam radę. Znowu piszę dwa projekty - może tym razem coś się uda wyrwać dla Stowarzyszenia - chociaż tym razem chodzi o dużo mniejsze pieniądze. I muszę dopiąć festyn, który się odbędzie wprawdzie dopiero w sierpniu, ale wiadomo przygotowania trzeba poprowadzić dużo wcześniej.
I jeszcze drobne ogłoszenie
Szukam sponsorów dla Stowarzyszenia