Ostatnio trochę się bawię grafiką i przygotowałam kalendarz na 2025 rok utrzymany w klimacie dziewiarskim. Jeśli ktoś ma ochotę może go pobrać TUTAJ i wydrukować w formacie A4. Pierwsze strona to kalendarz na cały rok, a potem jest na każdy miesiąc dedykowana strona z miejscem na notatki.
Postanowiałam się skonfrontować z tą listą i wychodzi, że czytelniczo to jestem wciąż w XX wieku, albo po prostu czytam chłam. To drugie jest prawdziwe, bo czytam głównie łatwe i przyjemne historie romantyczne. Ale może uda się trochę to zmieni. Na razie tylko 1 pozycja odhaczona ;-)
1. „Genialna przyjaciółka”, Elena Ferrante 2. „The Warmth of Other Suns. The Epic Story of America’s Great Migration”, Isabel Wilkerson (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 3. „W komnatach Wolf Hall”, Hilary Mantel 4. „Znany świat”, Edward P. Jones 5. „Korekty”, Jonathan Franzen 6. „2666”, Roberto Bolaño 7. „Kolej podziemna”, Colson Whitehead 8. „Austerlitz”, W.G. Sebald 9. „Nie opuszczaj mnie”, Kazuo Ishiguro 10. „Gilead”, Marilynne Robinson
11. „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”, Junot Díaz 12. „Rok magicznego myślenia”, Joan Didion 13. „Droga”, Cormac McCarthy 14. „Kontury”, Rachel Cusk 15. „Pachinko”, Min Jin Lee 16. „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya”, Michael Chabon 17. „Sprzedawczyk”, Paul Beatty 18. „Lincoln w Bardo”, George Saunders 19. „Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej”, Patrick Radden Keefe 20. „Erasure”, Percival Everett
21. „Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast”, Matthew Desmond 22. „Zawsze piękne. Życie, śmierć i nadzieja w slumsach Bombaju”, Katherine Boo 23. „Kocha, lubi, szanuje”, Alice Munro 24. „Listowieść”, Richard Powers 25. „Random Family”, Adrian Nicole LeBlanc (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 26. „Pokuta”, Ian McEwan 27. „Amerykaana”, Chimamanda Ngozi Adichie 28. „Atlas chmur”, David Mitchell 29. „Siódmy samuraj”, Helen DeWitt 30. „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”, Jesmyn Ward
31. „Białe zęby”, Zadie Smith 32. „Linia piękna”, Alan Hollinghurst 33. „Zbieranie kości”, Jesmyn Ward 34. „Citizen: An American Lyric”, Claudia Rankine (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 35. „Fun Home: Tragikomiks rodzinny”, Alison Bechdel 36. „Między światem a mną”, Ta-Nehisi Coates 37. „Lata”, Annie Ernaux 38. „Dzicy detektywi”, Roberto Bolaño 39. „Zanim dopadnie nas czas”, Jennifer Egan 40. „J jak jastrząb”, Helen Macdonald
41. „Drobiazgi takie jak te”, Claire Keegan 42. „Krótka historia siedmiu zabójstw”, Marlon James 43. „Powojnie: Historia Europy od roku 1945”, Tony Judt 44. „Piąta pora roku”, Nora K. Jemisin 45. „Argonauci”, Maggie Nelson 46. „Szczygieł”, Donna Tartt (przeczytałam) 47. „Odruch serca”, Toni Morrison 48. „Persepolis”, Marjane Satrapi 49. „Wegetarianka”, Han Kang 50. „Zaufanie”, Hernan Diaz
51. „Jej wszystkie życia”, Kate Atkinson 52. „Sny o pociągach”, Denis Johnson 53. „Uciekinierka”, Alice Munro 54. „10 grudnia”, George Saunders 55. „Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę”, Lawrence Wright 56. „The Flamethrowers”, Rachel Kushner (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 57. „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć”, Barbara Ehrenreich 58. „Stay True”, Hua Hsu (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 59. „Middlesex”, Jeffrey Eugenides 60. „Heavy: An American Memoir”, Kiese Laymon (dotąd nieprzetłumaczone na polski)
61. „Demon Copperhead”, Barbara Kingsolver 62. „10:04”, Ben Lerner 63. „Veronica”, Mary Gaitskill 64. „Wierzyliśmy jak nikt”, Rebecca Makkai 65. „Spisek przeciwko Ameryce”, Philip Roth 66. „We the Animals”, Justin Torres (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 67. „Far from the Tree”, Andrew Solomon (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 68. „Przyjaciel”, Sigrid Nunez 69. „The New Jim Crow”, Michelle Alexander (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 70. „All Aunt Hagar’s Children”, Edward P. Jones (dotąd nieprzetłumaczone na polski)
71. „Trylogia kopenhaska”, Tove Ditlevsen 72. „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”, Swietłana Aleksijewicz 73. „The Passage of Power”, Robert A. Caro (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 74. „Olive Kitteridge”, Elizabeth Strout 75. „Drzwi na Zachód”, Mohsin Hamid 76. „Jutro, jutro i znów jutro”, Gabrielle Zevin 77. „Nasze małżeństwo”, Tayari Jones 78. „Septologia”, Jon Fosse 79. „Instrukcja dla pań sprzątających”, Lucia Berlin 80. „Historia zaginionej dziewczynki”, Elena Ferrante
81. „Pulphead”, John Jeremiah Sullivan (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 82. „Czas huraganów”, Fernanda Melchor 83. „Straszliwa zieleń”, Benjamín Labatut 84. „Cesarz wszech chorób”, Siddhartha Mukherjee 85. „Sielanki”, George Saunders 86. „Frederick Douglass: Prophet of Freedom”, David W. Blight (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 87. „Trans i pół, bejbi”, Torrey Peters 88. „The Collected Stories of Lydia Davis” (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 89. „Powrót”, Hisham Matar 90. „Sympatyk”, Viet Thanh Nguyen
91. „Ludzka skaza”, Philip Roth 92. „Czas porzucenia”, Elena Ferrante 93. „Stacja Jedenasta”, Emily St. John Mandel 94. „O pięknie”, Zadie Smith 95. „Na szafocie”, Hilary Mantel 96. „Wayward Lives, Beautiful Experiments”, Saidiya Hartman (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 97. „Men We Reaped”, Jesmyn Ward (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 98. „Belcanto”, Ann Patchett 99. „How to be both”, Ali Smith (dotąd nieprzetłumaczone na polski) 100. „Drzewo dymu”, Denis Johnson
Podsumowanie przeczytanych książek (kolejność przypadkowa):
1. Cal Newport "So Good They Can't Ignore You" - audiobook
2. Anders Ericcson "Peak" - audiobook
3. Josie Silver "One Day in December" - audiobook
4. Dinah Jefferies "The Planter's Wife" - audiobook
5. Valija Zinek "A Tangle of Magic" - audiobook (książka dla dzieci - młodzieży)
6. Joanna Szarańska "Kłopoty mnie kochają"
7. Joanna Szarańska "Do zakochania jeden rok"
8. Joanna Szarańska "I że ci nie odpuszczę"
9. Joanna Szarańska "Kocha, lubi, szpieguje"
10. Joanna Szarańska "Nic dwa razy się nie zdarza"
11. Romain Puertolas "Całe lato bez Facebooka"
12. Colleen Hoover "Slammed" (po polsku)
13. Colleen Hoover "Point of Retreat" (po polsku)
14. Colleen Hoover "This Girl" (po polsku)
15. Zygmut Miłoszewski "Uwikłanie"
16. Zygmut Miłoszewski "Ziarno prawdy"
17. Zygmut Miłoszewski "Gniew"
18. James Doty "Mózg i serce. Magiczny duet"
19. Rick Riordan "Ukryta wyrocznia" seria Apollo i boskie próby (tom 1)
plus kilka zaczętych i porzuconych lub niedokończonych.
Nie pamiętam czy to wszystkie, bo niestety nigdy nie pamiętam by wrzucić na goodreads albo na lubimy czytać. I chociaż wszystkie moje przeczytane książki są albo z Legimi albo ze Storytel to niestety te nie prowadzą one (te aplikacje) szczegółowych statystyk i nie odznaczają czarodziejsko czy książka została przeze mnie przeczytana czy nie.
Zresztą jak na kogoś kto "zerwał" z czytaniem, to od czasu do czasu sięgam po książkę. Głównie dla rozrywki, więc większość to lektury całkiem nie wymagające myślenia.
W 2019 chciałabym czytać w językach obcych. Mam na myśli oczywiście angielski, bo chociaż chciałabym się nauczyć np. niemieckiego i miałam już kilka podejść do tego języka, to jednak chcę skupić się na czymś innym i dlatego odpuszczam sobie naukę niemieckiego.
Chciałabym czytać po angielsku wszystko, nawet wtedy gdy czytam dla przyjemności.
Nawet nie wiecie jakie to miłe uczucie. Pisząc poprzedniego posta nie liczyłam, że spotka się z tak miłą reakcją z waszej strony. Nie liczyłam, że ktokolwiek jeszcze tu zagląda i do tego będzie chciał wesprzeć mnie radą i swoim doświadczeniem. Dziękuję Wam bardzo.
Jak mi idzie odgruzowywanie?
Tak naprawdę to robię na razie to co najłatwiejsze. Wyrzucam oczywiste śmieci. Pozbyłam się sporej ilości przetermionwanych przypraw, dziwnych sosów z lodówki i kilku opakowań mieszanek ciast (akurat jeśli chodzi o jedzenie to gdy nie chce mi się gotować robię potrawy "nawinie", więc tu za dużo wyrzucania nie było). Nie zastanawiam się jeszcze nad przedmiotami użytkowymi, a jedynie pozbywam się plastikowych lub metalowych opakowań. Nazbierałam 3 120 litrowe worki pudełek po lodach, wiaderek po serach, kapuście czy ogórkach, puszek po kawie i po mleku dla niemowląt (a moja najmłodsza córka ma już 12 lat). Pudełka po lodach oczywiście zbierałam by wykorzystywać je do mrożenia jedzenia, a puszki były swego czasu zbierane przeze mnie, by ozdabiać je decoupagem, czego nigdy się nie doczekały, niestety. I utknęłam w tym swoim odgruzowywaniu, bo przydomowy pojemnik na plastiki już wypełniony po brzegi (korzysta z niego nie tylko nasza rodzina) i kolejne worki muszę trzymać w piwnicy dopóki nie przyjadą panowie odbierający śmieci.
Teraz przerzuciłam się na wynoszenie makulatury, bo w tym akurat pojemniku jest jeszcze dużo miejsca. Wyrzucam stare prace malarskie moje i dzieci (zostawiając tylko te najbardziej wzruszające), wyrzucam czasopisma. Swego czasu czasopisma były moim nałogiem, były moją świętością. Tak więc cały czas jeszcze ze sobą walczę i nie zdecydowałam się na pozbycie się stosu czasopism robótkowych czy Werandy/Country. Pozostałe wyrzucam bez skrupułów w większości nawet bez śladów chociażby przeglądnięcia. Nie lubię sprzątać papierów, ta część porządków jest chyba dla mnie najtrudniejsza. Pewnie dlatego, że muszę przejrzeć każdy niemal skrawek papieru, by nie wyrzucić jakiegoś urzędowego pisma. Oczywiście mam teczkę/teczki na taką korespondencję, ale kto by się tam przejmował szukaniem właściwej teczki, otwieraniem jej, zamykaniem a następnie stawianiem z powrotem na miejsce.
I cały czas podczas tego wyrzucania rozmyślam o ŚMIECIACH.
Do jakich śmieci mam wrzucić torebkę prezentową? Czy zawilgocony papier to jeszcze makulatura? Gdzie wyrzucić starą patelnię? A co zrobić ze starymi świeczkami urodzinowymi? Czy komplet filiżanek, któremu odpryskuje w środku szkliowo od samego patrzenia na nie po prostu wyrzucić czy przerobić na doniczki? W jakich śmieciach powinna wylądować butelka po płynie do mycia naczyć. I gdzie wylać stare środki czystości?
Odkąd weszła obowiązkowa segregacja śmieci to nie mam niby większego problemu, a w pojedyńczych przypadkach wrzucam taką podejrzaną rzecz do śmieci ogólnych. Ale co zrobić z 2 pudłami różnych przeterminowanych specyfików do sprzątania, które znalazłam w głębokim kącie spiżarni?
Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że ŚMIECI tak bardzo będą zaprzątać moją uwagę.
A to mój kubeł na plastiki przepełnił czarę goryczy. Nie tyle sam kubeł, co jego rosnąca w zastraszającym tempie zawartość. Niemal wszystko co kupujemy jest w plastiku. Nawet owoce i warzywa zanim włożymy do naszej płóciennej troby czy foliowej wielorazówki, najpierw trafia do woreczka foliowego. A jeśli do tego spożywamy, tak jak ja, napoje typu izotonik lub tak jak ja, kupne słodycze, to nie ma się czemu dziwić, że zbiorczy pojemnik na odpady plastikowe najszybciej wypełniony jest po brzegi.
Sprzątam, słucham audiobooka, oglądam trochę filmików o sprzątaniu i minimaliźmie na youtubie i powtarzam jak mantrę: Ja już nie chcę produkować aż tylu śmieci, za każdym razem, gdy słyszę, że rupiecie lubią wracać i że walka z nimi jest zawsze. Wrrrrrr.
Nie było mnie tu ponad rok. I to nie tak, że nie pisałam. Nie tylko nie pisałam, ale też nie zaglądałam, nie sprawdzałam statystyk, nie komentowałam. Zniknęłam też prawie z instagrama czy większości fejsbuka. Przestałam rękodzilić, przestałam czytać książki (prawie).
Gdzie byłam, jak mnie nie było?
W domu, na kanapie, przed komputerem. Czasami w pracy.
Moim głównym zajęciem była próba przekonania siebie, że jeszcze potrafię myśleć, że jeszcze potrafię nauczyć się czegoś nowego. I tak naprawdę wciąż jestem na początku, na samym starcie, bo ruszenie komórek mózgowych w "moim" wieku, a przede wszystkim w moim stanie psychicznym to naprawdę trudna sprawa.
Jednak ostatnio nie dość, że zaczęłam znowu czytać nawet po kilka książek ciurkiem, to jeszcze wyciągnęłam włóczki i szydełka, chociaż zarzekałam się tak niedawno, że ja już na pewno tego nie będę robiła. I zachciało mi się wrócić do pisania bloga.
Zastanawiałam się przez kilka dni, czy nie znaleźć sobie całkiem nowego miejsca, gdzie mogłabym pisać anonimowo (przynajmniej na początku), bo temat, o którym chcę pisać, jest trochę dla mnie wstydliwy. Szczególnie, że nigdy nie wiadomo, czy mi za chwilę nie przejdzie i znowu nie zarzucę mojego nowego projektu.
Mój nowy projekt: Czysty Dom.
Kto mnie zna, ten wie, że jestem okropną bałaganiarą. OKROPNĄ. W niektórych okresach mam na biurku tylko tyle miejsca, by postawić laptop, a droga do mojego biurka to ścieżka wśród pudeł, książek, papierów i innych tym podobnych rzeczy.
Nie dość, że nie lubię sprzątać (pod tym względem wciaż jestem zbuntowaną nastolatką), to jeszcze nie umiem się rozstać z niczym. Ani z pudełkiem po butach, ani ze zużytymi zeszytami, ani z popsutą biżuterią czy niekompletnym mikserem, pudełkiem bez wieczka, czy wieczkiem bez pudełka.
Jestem całkowicie, zupełnie beznadziejna pod tym względem. W latach smarkatych słyszłam wiecznie, że mam dwie lewe ręce, a i potem wmawiałam sobie skutecznie, że jestem organizacyjnycm i sprzątaniowym antytalentem. Co więcej (jak spowiedź to spowiedź) byłam dumna z tego, że mam w życiu wyższe cele niż szorowanie podług. Nie pytajcie jakie cele wyższe miałam na myśli, bo nie pamiętam. W każdym razie swoje niezorganizowanie tłumaczyłam sobie artystyczną, wolną duszą, a bałagan wokół mnie artystycznym nieładem. Terefere kuku.
Tak naprawdę to nawet nigdy nie próbowałam z tym walczyć, bo po prostu taka jestem i już. A jeśli nawet "nieład" wokół mnie zaczynał mi doskwierać, to albo przenosiłam się do innego pokoju, alborzeczy, których nie potrzebowałam przenosiłam do nieużywanych na co dzień pomieszczeń lub rezygnowałam z robienia niektórych rzeczy, bo nie mogłam znaleźć potrzebnych mi rzeczy. Ewentualnie już w tydzień lub dwa po posprzątaniu jakiegoś zakątka (metodą upychania wszystkiego w innych pomieszczeniach lub szafach) bałagan wracał.
I to co ja zwykle nazywałam wolnością jest po prostu niewolą. Oczywiście to nie jest tak, że objawiło mi się to ostatnio i dlatego, że właśnie czytam książki autorstwa Bei Johnson:
"Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas".
Zdecydowanie czytam tę książkę, bo chcę zmienić swoje podejście do zajmowania się domem, do sprzątania i organizacji tego wszystkiego. Oczywiście do Zero Waste, czyli życiu tak by nie produkować śmieci w ogóle jest mi jeszcze dalej niż do sprzątania w domu, ale bardzo chcę odnaleźć odpowiedź na pytanie:
Jak pokochać swój dom?
Jak na razie to miotam się po tym moim domu i zastanwiam się czy mam zamówić kontener i wszystko wyrzucać jak leci, czy jednak niektóre rzeczy oglądać przed wyrzuceniem, bo może jeszcze się przydadzą. Chociaż skoro nie używałam ich od jakiegoś czasu (wielu nie używałam) to może znaczy, że po prostu ich nie potrzebuję i że są po prostu śmieciami.
Jaki mam plan?
Ta, jak zmienić swoje otoczenie nic nie zmieniając? Wiem, nie da się.
Stan na dzień dzisiejszy: 4 osoby w domu i kot. Dzieci już wyrosły z zostawiania wszędzie zabawek. Córka dba o swój pokój sama - raz lepiej raz gorzej. Ostatnio wyzybyła się wszelkich zabawek z dzieciństwa. Niestety moją metodą. Wyniosła je do pokoju starszych braci, którzy już nie mieszkają z nami.
A w kuchni dużo pomaga mi mąż - praktycznie przejął gotowanie obiadów, bo to też coś co mi się znudziło, a on odkrywa od jakiegoś czasu, więc nawet nie chcem mu przeszkadzać w tej zabawie. Jest też w tym lepszy ode mnie i bardziej zorganizowany.
I z tego wynika, że jakbym JA naczuczyła się nie zostawiać śladów po sobie wszędzie, gdzie tylko się pojawię, to było by w domu dużo czyściej, a przynajmniej nie byłoby ogólnego chaosu.
Główny mój plan to jest - ODGRUZOWANIE. Trochę bardziej podoba mi się angielska nazwa DECLUTTERING, ale w moim przypadku jest chyba za mało dosadna.
I nie, nie zamierzam stosować metody z programu o perfekcyjnych paniach domu i robić tego w tydzień.
Po pierwsze, to co z tego, że szybko wyrzucę, jak nie będę wiedziała jak zagospodarować to co zostało.
Po drugie, nie mam ani tyle siły, ani tyle czasu. Niby paradoks, ale wiecie szybko przyszło szybko poszło.
Po trzecie, nie będzie też zdjęć z przed i po (no może czasami po).
Po czwarte, mam zamiar motywować się do codziennej pracy pisząc na blogu. Chcę poświęcić co najmniej półgodzinny dziennie (czasami pewnie więcej) na przetrząsanie półek, spiżani, piwnic (tak piwnic) i innych zakamarków i pozbywanie się z nich tego co jest nam nie potrzebne, czego nie lubimy, nie używamy, co po prostu jest śmieciem lub nie sparka joyem. (Marie Kondo).
Po piąte, życie trochę zmusiło mnie do myślenia. Staram się nie kupować bezmyślnie produktów spożywczych z uwagi na zdrowie i dietę (szczególnie dzieci). Nie mogę też szastać kasą na prawo i lewo, więc kupuję bardzo mało rzeczy, a do tego niestety większość np. ubrań rozczarowuję mnie swoją jakością. Więc życie niejako przekonuje mnie coraz bardziej do minimalizmu. I chciałabym, żeby to było widać i żebym przestała czuć się przytłoczona ciężarem rzeczy i śmieci wokół mnie. Bo w końcu chyba o to w życiu chodzi. By czuć się po prostu dobrze.
Po szóste, chcę stopniowo wdrożyć też rutyny sprzątaniowe, bo wiecie, rozumiecie, jak już to wszystko ogarnę, to bym chciała, żeby nie było powtórki z przeszłości i żeby wszystko nie wróciło do normy. A zmieniając nawyki, wypracowując nowe zwyczaje, czyli popadając w codzienne rutyny mam szansę na wypracowanie nowej normy.
Na tym na razie kończę, wrzucam audiobooka na słuchawki i wracam do odgruzowywania spiżarni.
"Dziewczyna z perłą" to powieść historyczna. Do jej napisania skłonił ją słynny obraz holenderskiego XVII-to wiecznego malarza Vermeera, przedstawiający młodą dziewczynę w turbanie i z perłowymi koczykami. Pisarka tak długo rozmyślała nad tym obrazem, aż wymyśliła historię życia tajemniczej dziewczyny.
Jakoś mi nie idzie ostatnio pisanie, więc tylko szybko jeszcze dodam, że zaczęłam nową robótkę na drutach. Prostą i mam nadzieję w miarę szybką, taką na nadchodzącą jesień. Coś co mam nadzieję ponosić zanim jeszcze nastanie sezon kurtkowy.
Przełom lipca i sierpnia to zwykle dla mnie dość trudny z uwagi na nękającą mnie alergię, szczególnie w słoneczne dni. Jak nie biorę leków to mam mega katar, pieką mnie oczy i gardło. Jak biorę leki to tylko boli mnie głowa. Tak czy tak ciężko mi się skupić na czytaniu. Toteż tylko co zaczęłam "Dom na Zanzibarze" i "Dziewczynę z perłą."
Ale postanowiłam trochę przeprosić się z szydełkiem. Zapragnęłam wydziergać sobie trochę kwiatków do ozdabiania moich zdjęć. I oczywiście znowu popadłam w nałóg przeczesywania internetu w poszukiwaniu fajnych wzorów.
Przez ostatnie kilka dni tak zatraciłam się w malowaniu, że zapomniałam zupełnie o nowym wpisie. Nie maluję nic specjalnego, po prostu ćwiczę rękę i większość moich "prac" to takie same linie lub listki. Taka zabawa, która niemal całkowicie wyłącza myślenie.
A tu już kolejny tydzień z Drogą Artysty minął. I jak Wam idzie? Mi pisanie trochę się zacięło. Ciężko mi się rano zmobilizować, a jak już się zmobilizuję, to wciąż sobie sama przerywam, bo nie jestem zadowolona z tego, że znowu piszę i narzekam. Chwilami sama zapominam o swojej własnej radzie, by gdzieś tak na 3 stronie zacząć pisać pozytywnie.
A w tym tygodniu Julia Cameron proponuje przyjrzeć się korzyściom jakie czerpiemy z tkwienia w miejscu.
Julia Cameron bardzo często w swojej książce odwołuje się do Boga lub do jakiejś siły wyższej, siły twórczej i wielu osobom przeszkadza ten sposób, ale ja uważam, że to sama prawda.
Ograniczenia
Naszym głównym ograniczeniem jest nasze wyobrażenie o naszych zdolnościach. Wykorzystujemy tylko minimalny limit naszych możliwości, odrzucamy wiele projektów, gdyż nie ufamy sobie, że jesteśmy w stanie im sprostać, a z drugiej strony boimy się, że są one zbyt pretensjonalne. Nie wierzymy w to, że możemy dużo zrobić otwierając się na dary płynące od siły wyższej.
Ta jej filozofia łączy się z popularnym ostatnio nurtem zwanym Prawo Przyciąganie (Law of Attraction), które mówi o ty, że jeśli w uwierzymy, że coś jest możliwe, to tak będzie. Naszym zadaniem jest ustalić sobie cel, wizję tego co chcemy osiągnąć, a potem uwierzyć w to każdą swoją komórką, przełamać blokady negatywnych przekonań i "czekać" aż to dostaniemy.
Bardzo mi się podoba jak Julia Cameron napisała:
"Wizja nie wiadomo kiedy i jak staje się rzeczywistością.
Innymi słowy, módl się, żeby zdążyć na autobus, a potem biegnij jak najszybciej.
Aby tak się stało, musimy przede wszystkim uwierzyć, że ten autobus wolno nam złapać."
I aby z tego skorzystać, musimy uwierzyć, że dobro, bogactwo, pomysły są nieograniczone i jeśli zaczniemy je wykorzystywać, to się nie wyczerpią i nie znikną.
"Pamiętając, że Bóg jest naszym źródłem, hojnym strumieniem energii, skuteczniej czerpiemy z własnych twórczych mocy." Julia Cameron
Post udostępniony przez makneta workshop (@makneta_workshop)
I tu należy sobie zadać pytanie przed czym się wzbraniamy? Jakie marzenia uznajmy za nierealne biorąc pod uwagę środki jakimi dysponujemy? Dla mnie osobiście są to dość trudne pytania. Wciąż. Mimo iż przez ostatnie 2 lata wiem, że poszłam do przodu, zaczęłam łamać swoje blokady, pokonywać wewnętrznego krytyka, to jednak wciąż mam marzenia, które wydają się niemożliwe do osiągnięcia.
W tym tygodniu Julia Cameron proponuje:
Jedną z metod „nasłuchu” jest pisanie porannych stron. Wieczorem, przed zaśnięciem, możemy wymienić sfery, w których przydałyby się nam wskazówki. Rano widzimy niedostrzegane dotąd podejście do tematów, o których piszemy. Poeksperymentuj z tym dwustopniowym procesem: wieczorem zadawaj pytania, rano nasłuchuj odpowiedzi. Bądź otwarty na wszelką pomoc.
Odnajdowanie rzeki
Gdy zawierzamy swojej twórczości, uwalniamy się od innych zależności. Myślę, że jest to tylko łatwe na papierze. Bo niestety zbudowani jesteśmy z zależności. Ale jeśli wzmacniamy swój głos, to łatwiej nam go głośno wyrażać. I coraz częściej korzystamy z różnych propozycji.
Co bieganie ma wspólnego z Drogą Artysty? Być może niewiele, a być może wszystko. Bieganie jest to jedna z rzeczy, których by pewnie nie było w moim życiu, gdyby nie poranne pisanie i zadawanie sobie pytania, co mnie naprawdę w życiu cieszy, co mnie cieszyło, gdy byłam nastolatką. I wyszło mi na to, że sport miał spore znaczenie, był źródłem satysfakcji oraz co tu kryć, był okazją do spotkań towarzyskich.
A dlaczego myślami wracam do okresu nastoletniego? To proste, bo to był najbardziej beztroski czas w moim życiu i wtedy najbardziej wiedziałam czego chcę. Niestety przez ostatnie kilkanaście lat dałam się wchłonąć i zgnieść trudom życia, ale przecież gdzieś tam głęboko w środku jest jeszcze cząstka mnie, do odkopania i odżywienia, której dążę. I komu mam wierzyć, jak nie sobie samej i swojemu wewnętrznemu ja?
I gdy zaczynałam myśleć o tym by w końcu ruszyć się z fotela, powoli zaczęły docierać do mnie informacje o biegających znajomych, trafiłam na grupę pasjonatów biegania.
Post udostępniony przez makneta workshop (@makneta_workshop)
Pułapka cnoty
To upychanie swoich artystycznych działań, pomiędzy wszelkiego rodzaju obowiązki. Robimy to, bo nie chcemy, by ktoś pomyślał, że jesteśmy samolubni. Pokazujemy jacy jesteśmy dobrzy, mili, pomocni, a w głębi serca chcemy tylko świętego spokoju.
Mi się wydaje, że ja już dawno przestałam tak działać. Ale to tylko wydaje mi się, bo jednak na jakimś obszarze robię z siebie cierpiętnicę i nie rezerwuje czasu prawdziwie dla siebie, w samotności, nie nasłuchując co chwila co robią dzieci, czy w jakim humorze jest mąż.
Post udostępniony przez makneta workshop (@makneta_workshop)
Czy zachowujesz się autodestrukcyjnie?
Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Po pierwsze, trzeba wiedzieć coś o swoim prawdziwym ja (tym samym, które się systematycznie niszczyło). By szybko sprawdzić, jak bardzo się od niego oddaliliśmy, zadajmy sobie pytanie: czego bym spróbował( a), gdyby to nie było zbyt szalone? 1. Skoczyć ze spadochronem, nurkować z butlą. 2. Nauczyć się tańca brzucha, tańców latynoskich. 3. Opublikować swoje wiersze. 4. Kupić perkusję i zacząć na niej grać. 5. Przejechać rowerem całą Francję.
Jeśli twoja lista wydaje się kusząca, choć szalona, jesteś na dobrej drodze. Zwariowane pomysły są w rzeczywistości głosami twojego prawdziwego ja.
Co byś zrobił( a), gdyby to nie było zbyt samolubne? 1. Zapisałbym się na kurs nurkowy. 2. Poszłabym na kurs tańców latynoskich w P. 3. Sporządziłbym listę wydawców poezji i co tydzień posyłałbym komuś jeden wiersz. 4. Kupiłabym używaną perkusję, którą sprzedaje mój kuzyn. 5. Zadzwoniłabym do biura podróży i wypytała o Francję.
Poszukując wewnętrznego (s) twórcy i otwierając się na dar kreatywności, uczymy się duchowego podejścia do życia, wiary, że Bóg jest dobry – tak jak my i cały stworzony świat. W ten sposób omijamy Pułapkę Cnoty. Julia Cameron.
Oprócz cotygodniowych ćwiczeń J. Cameron proponuje w tym tygodniu zrobić sobie test na Pułapkę Cnoty oraz ćwiczenia z zakazanymi przyjemnościami oraz listą życzeń, które znajdziecie albo w książce, albo w grupie fb .
W czwartek przeczytałam "Szkołę żon". W piątek i sobotę przeczytałam "Chłopak, który o mnie walczył" a od niedzieli do wtorku "Jedwabnika". W między czasie podczytywałam jeszcze inne książki "na próbę", więc o nich tu nie będę pisała.
Jak na mnie to dużo, nawet bardzo dużo. I szczerze, to nawet poczułam się trochę zmęczona tym czytaniem.
otwiera nową serię wydawniczą Bestsellery na obcasach. Całkiem miła, szybka lektura. Historia głównie świeżo rozwiedzionej Julii, która wygrywa pobyt w ekskluzywnym SPA. Sporo w tej książce erotyki, ale dużo subtelniejszej niż w powieści Prokurator, o której pisałam 2 tygodnie temu. Jeśli będę miała czas to pewnie przeczytam kolejne książki z tej serii, a szczególnie te autorstwa pani Witkiewicz, bo jej sposób pisania przypadł mi do gustu.
"Chłopak, który o mnie walczył" Kristy Moseley
przez samo wydawnictwo określania jest jako książka młodzieżowa, ale chyba chodzi bardziej o starszą, taką bardziej dorosłą młodzież, gdyż jej bohaterami są dwudziestokilkuletni Jamie i Ellie, których wcześniej łączyła wielka miłość, ale jak to w życiu bywa piętrzące się kłopoty sprawiają, że Ellie czuje się zraniona, porzucona i wyjeżdża ze Stanów do Europy, a następnie zostaje w Wielkiej Brytanii (to w pierwszym tomie, którego nie czytałam).
W tej części, którą można spokojnie czytać nie znając pierwszej, gdyż w łagodny sposób jesteśmy wprowadzanie w przeszłe wydarzenia, Ellie wraca do Stanów. Drogi tych obojga się krzyżują, tak jak krzyżują się dwie osobowości, dwa światy. Mimo iż to książka dla młodzieży, to nie oszczędziła mi ona łez, gdyż temat śmierci, straty bliskiej osoby i troska o życie drugiego człowieka są obecne niemal od pierwszej strony. '
"Jedwabnik" Robert Galbraith
muszę przyznać, że trzymał mnie w napięciu niemal do samego końca i to nie tylko ze względu na wątek kryminalny.
Bardzo mi się podoba styl J.K.Rowling, bo przecież chyba już wszyscy wiedzą, że to ona stoi za powieściami z cyklu Cormoran Strike. A ja oczywiście i tym razem zaczęłam czytać od drugiego tomu.
Cormoran Strike to prywatny detektyw, do którego przychodzi żona ekscentrycznego pisarza i prosi go o pomoc w odnalezieniu męża. Razem z detektywem trafiamy do świata wydawców i pisarzy i odkrywamy ludzkie słabości. Bardzo mi się podoba sposób w jaki zostali sportretowani bohaterowie tej powieści, szczególnie detektyw i jego asystentka rudowłosa Robin.
I jak Wam idzie z pisaniem porannych stron? Minęło już 5 tygodni odkąd zaczęliśmy pisać strony i analizować nasze twórcze życie.
I prawdą jest to co pisze Julia Cameron, że w pewnym momencie zaczynamy unikać pisania. Dlaczego? Bo coraz częściej piszemy o naszych bolączkach, o naszych brakach. Jeśli są w naszym życiu jakieś strefy, z których nie jesteśmy zadowoleni, to wychodzi to właśnie podczas pisania porannych stron.
Czasami czytam jedną książkę za drugą, a czasami trudno się skupić i przeczytać choćby jedną, całkiem przyjemną i krótką. Ale takie mamy po prostu czasy.
Dziś w końcu udało mi się znaleźć trochę czasu i spokoju, by przeczytać większość Opactwa Northanger. Całkiem spodobała mi się ta książka. Rzadko zdarzają się takie pozycje, że narrator mówi wyraźnie pisarza/pisarki głosem i wyraża swoje poglądy na to jak ma być skonstruowana powieść lub co sądzi o czytaniu książek. A przecież książki nie są w tej powieści bohaterami, tylko młoda panna Catherina Morland i grono jej przyjaciół.
Dzisiaj chciałam Was zapytać, czy czytacie recenzje?
Często wybierając książkę do czytania opieram się na czyjeś opinii, rzadziej na recenzji. Zawsze się boję, że czytając recenzję za dużo się o książce dowiem. I tak samo zawsze mam wrażenie, że jeśli napiszę prawdziwą recenzję (co raczej mi nie grozi, bo to wcale nie jest łatwa sztuka), to wyjawię za dużo, zdradzę zbyt wiele faktów.
A może pisanie recenzji trzeba zostawić tylko dziennikarzom i polonistom? Szczególnie ci ostatni mają wystarczającą wiedzę (przynajmniej tak zakładam), by omawiać przeczytaną książkę obiektywnie i do tego odnieść się do szerokich kontekstów społecznych czy psychologicznych.
A jeśli czytacie recenzje, to jakich informacji w niej oczekujecie?
I ja znowu, głównie opinii czytającego. A ostatnio w jakimś internetowym artykule (oczywiście jak go potrzebuję, to nie potrafię znaleźć) przeczytałam, że recenzja powinna być bezstronna. Naprawdę? Co o tym sądzicie?
"W tym tygodniu możesz odczuwać nagłe przypływy energii, a także napady złości, radości i żalu. Zrzucasz iluzoryczne pęta dotychczasowych ograniczeń i odzyskujesz moc sprawczą. Będziesz świadomie eksperymentować z otwartością umysłu w sprawach duchowych." Julia Cameron
Gniew
Byliśmy uczeni, że gniew to coś złego. Nie wypada. Co z tego, że gotujemy się od środka, nie wolno nam tego okazywać, bo inaczej jesteśmy prostakami. Ale może nie zawsze warto dusić gniew w sobie. Nie, nie namawiam nikogo do zdjęcia nogi z hamulca i wyżywaniu się na wszystkich dookoła.
Zamiast tłumić gniew, należy mu się przyjrzeć. Należy go słuchać, bo on pokazuje, gdzie leżą nasze granice. Gniew ma być naszym paliwem, naszą drogą, ma wskazywać dokąd powinniśmy podążać.
Bo jeśli posłuchamy siebie i usłyszymy w swoim głosie pełnym zazdrości "Ja to przecież zrobiłabym lepiej. Ja miałam już dawno taki pomysł", to znak, że koniec siedzenia i rozmyślania, wiemy co mamy robić i powinniśmy działać.
Post udostępniony przez makneta workshop (@makneta_workshop)
Synchroniczność
Gdy zaczyna się proces odnajdowania swojego artystycznego ja, okazuje się, że spełniają się nasze pragnienia. Tak to często jest, że gdy o czymś intensywnie myślimy, to los w ten czy inny sposób stawia nam na drodze kogoś, kto mógłby nam pomóc w realizacji naszego celu. To tak jak, gdy kobieta w ciąży lub próbująca zajść w ciąże, nagle wszędzie wokół siebie widzi inne ciężarne. Po prostu zaczynamy się skupiać na celu i bum. Teraz od nas tylko zależy, czy wykorzystamy tę szansę.
Ja nigdy nie miałam talentu do malowania czy rysowania. Co więcej jako dziecko mało rysowałam, jako nastolatka to już w ogóle. Pewnie dlatego, że jako osóbka przewrażliwiona na swoim punkcie bardzo mocno przeżywałam każdą krytykę. I pamiętam dokładnie moje niewielkie próby rysowania/malowania krytykowane przez rodziców lub nauczycielkę. A mimo to gdzieś tam głęboko marzyłam, żeby malować. Zajęta dziećmi, studiami, dziećmi, pracą nawet nie wiem kiedy zaczęłam się interesować najpierw decoupagem, a potem malarstwem. Ale jeśli chodzi o malarstwo, to zawsze sobie w duchu mówiłam, że nie mam szans żadnych. Próby decoupage wychodziły mi takie sobie, ale przyjemnie było malować, bawić się farbami. I moje marzenie narastało. Dlatego, gdy dowiedziałam się przy rodzinnym, niedzielnym obiedzie o tym, że w naszym domu kultury są zajęcia malarskie dla dorosłych, to z trudem wytrzymałam do poniedziałku i zrobiłam co rzadko się zdarza w moim przypadku. Czyli chwyciłam za telefon. Dowiedziałam się, że w czasie ferii zajęć dla dorosłych nie ma, ale mogę przyjść po feriach w poniedziałek. I byłam. I wciąż tam wracam.
Piszę to, żeby pokazać, że jak o czymś się myśli, to los nam daje szanse (to jest właśnie ta synchroniczność) a tylko od nas zależy czy ją wykorzystamy, czy raczej stwierdzimy, że to nie dla nas, bo ... I tu cała lista tłumaczeń - od nie mam czasu, do nie mam zdolności. O zdolnościach napiszę innym razem.
I można to tłumaczyć sobie jako czysty zbieg okoliczności, ale można też wypatrywać innych znaków i tylko od nas zależy czy i jak je wykorzystamy. I czytając ten rozdział kolejny raz sobie przypominam, że ważniejsze jest CO chcę zrobić, że to jest moje zadanie, by wiedzieć CO chcę osiągnąć, by to zaplanować, a potem dopiero przyjedzie JAK. A tak często marnuję czas nad rozmyślaniem JAK ja te coś zrobię i rezygnuję w ogóle z planowania. Teraz sobie uświadamiam, że to bez sensu. Jakkolwiek głupio to zabrzmi, ale mnie olśniło. Przywracam mój plan.
"Zrób kroczek w stronę marzenia, a zobaczysz otwierające się drzwi. Zobaczyć, to uwierzyć. I kiedy zobaczysz wyniki swoich eksperymentów, nie będziesz już musiał wierzyć mi na słowo. Zapamiętaj maksymę: Skacz, a pojawi się siatka zabezpieczająca." Julia Cameron
Post udostępniony przez makneta workshop (@makneta_workshop)
Wstyd
O tak, niestety, wstyd jest tym co nas powstrzymuje najczęściej. A przynajmniej mnie.
"Artysta, który w dzieciństwie był zawstydzany – z powodu swoich potrzeb, dociekliwości, oczekiwań – może odczuwać wstyd nawet bez zawstydzających recenzji. Jeśli w dzieciństwie zawstydzano go, gdy przyznawał się do wiary we własny talent, w przyszłości każdy akt twórczy będzie w nim budził paraliżujący wstyd." Julia Cameron
Często artyści nie kończą swojej pracy, tracą nią zainteresowanie, ponieważ jest to forma uniknięcia bólu i poczucia zranienia. Ile z nas czuło się zranione, gdy pokazały swoją pracę w najbliższym otoczeniu i została ona co najwyżej chłodno przyjęta? Pewnie każda z nas. Szczególnie, że żyjemy w kulturze krytykowania, wytykania błędów, poprawiania i oceniania.
Czy to znaczy, że nie mamy za wszelką ceną unikać pokazywania innym i proszenia ich o ocenę. Z pewnością nie, ale nie na świeżo, nie od razu, nie wtedy, gdy jest to tylko szkic. I na pewno lepiej jest znaleźć sobie mentora, niż pokazywać przypadkowej osobie, czy nawet komuś z rodziny, kto tak naprawdę nie jest tym zainteresowany.
Jak sobie radzić z krytyką:
Są pewne ogólne zasady, które pomagają radzić sobie z każdym rodzajem krytyki.
1. Wysłuchaj krytyki do końca, żeby mieć to z głowy.
2. Zanotuj, które myśli lub sformułowania cię dotknęły.
3. Zanotuj, które myśli lub sformułowania wydają ci się przydatne. 4. „Dopieść się” w jakiś sposób – przeczytaj pochlebną recenzję albo przypomnij sobie jakiś komplement.
5. Pamiętaj, że nawet jeśli twoje dzieło jest do kitu, może być niezbędnym etapem do kolejnego dzieła. Sztuka dojrzewa zrywami, a błędy są koniecznym warunkiem rozwoju.
6. Przyjrzyj się krytyce ponownie. Czy przypomina niepochlebną opinię z przeszłości, szczególnie jakiś dziecięcy wstyd? Przyjmij do wiadomości, że obecna krytyka wyzwala w tobie żal, związany z zadawnioną raną.
7. Napisz list do swojego krytyka – najprawdopodobniej go nie wyślesz. Broń w nim swojej pracy, a także doceń to, co pożytecznego wniosła jego opinia (jeśli wniosła).
8. Wskocz z powrotem na konia! Natychmiast zobowiąż się, że zrobisz coś twórczego.
9. Zrób to. Jedynym lekarstwem na krytykę jest twórczość.
Rozwój
Pamiętaj, że rozwój to dwa kroki w przód, a potem jeden w tył. Idź do przodu powoli. Dbaj o siebie. Nie tylko o intelekt, ale też o ciało. Odpoczywaj, dobrze się odżywiaj, chodź na spacery, pobądź trochę sam ze sobą. Pytaj siebie jak się czujesz. I bądź dla siebie dobra. Jeśli coś jest trudne, obiecaj sobie nagrodę.
Zachęcam do przeczytania "Drogi Artysty" Julii Cameron, bo ja tylko to co mi się wydaje ważne skrótowo tu podaję. W książce jest więcej i lepiej wytłumaczone.
Zapraszam do grupy na fb W drodze artysty, gdzie będą do pobrania ćwiczenia.
Tak jak nie umiem zajmować się przez dłuższy czas tylko jedną robótką, tak też nie potrafię czytać tylko jednej książki. Bywa, że jedna wciąga tak bardzo, że nie mogę skupić się na niczym innym, dopóki jej nie dokończę, ale bywa też tak, że dawkuję sobie lekturą w niewielkich dawkach, by móc dłużej się nią napawać, chłonąć. Tak jest z "Przyjaciółką z młodości", o której pisałam w zeszłym tygodniu. Czytam tylko po kilkanaście stron i tylko jak jestem w odpowiednim na to czytanie nastroju.
W między czasie połknęłam dwa kryminały - tak od środy do niedzieli, a teraz czytam Opactwo Northanger, żeby nie było, że jak jakiś czas temu ogłosiłam Lato z literaturą klasyczna, to żadnej książki z tej listy nie przeczytam. Zaczyna się przyjemnie bardzo.
Ale dziś będzie o wspomnianych kryminałach.
"Prokurator" to debiut literacki Pauliny Świst, autorki piszącej pod pseudonimem. Na okładce przeczytamy "Ostry seks, ostry język, ostra akcja. Jeszcze żadna polska gwiazda nie eksplodowała z taką siłą na firmamencie polskiego kryminału."
To historia o 30 letniej pani adwokat Kindze Błońskiej, która przyjeżdża do Gliwic, by bronić w sądzie groźnego przestępce "Szarego", który jest jej przyrodnim bratem. Tuż przed rozpoczęciem procesu w barze poznaje troszkę od siebie starszego, przystojnego faceta i oczywiście wieczór kończą w jego mieszkaniu. Wkrótce okazuje się, że facet na jedną noc, jest jej rywalem na sali sądowej, czyli tytułowym prokuratorem Łukaszem Zimnickim.
Książkę czyta się szybko, akcja jest wymyślona dość sprytnie i kończy się oczywiście happy endem, jak w typowym love story.
Czyta się dość szybko również z tego względu, że napisana jest potocznym językiem, czasami lekkim, odrobinę zabawnym, ale przede wszystkim prostackim i wulgarnym. I ta jego wulgarność silnie działa na niekorzyść tej książki. Być może ja mam inną definicję ostrego języka, raczej kojarzy mi się z ciętymi ripostami, kontrargumentami, a nie z używaniem słowa na k jako przecinek. I seks jest w tej książce szybki, wulgarny (tzn. wulgarnie opisany), mało finezyjny.
"Niewidzialny" Mari Jungstedt to książka otwierająca nową serię wydawniczą Mistrzynie Kryminału Obyczajowego. Kupiłam jak zawsze na próbę, w promocyjnej cenie, ale nie wiem czy będę kontynuować, bo oczywiście jak się okazało po zakupie, na Legimi mam dostęp do większości tytułów z tej serii.
Na Gotlandii, tuż przed rozpoczęciem wakacji, zostaje w bestialski sposób zamordowana 35 letnia kobieta. Podejrzanym oczywiście jest jej partner. Jednakże wkrótce dochodzi do kolejnego morderstwa, a przecież podejrzany siedzi w areszcie.
Trochę męczyła mnie ta książka. Akcja trochę dziurawa. Oczywiście nie musimy wszystkiego wiedzieć w kryminale, nie musimy znać odpowiedzi na każde jak? i dlaczego? Ale mimo to niektóre okoliczności lub fakty wydają się być wyciągnięte jak króliki z kapelusza. Do tego przez niemal połowę męczył mnie język, którym była napisana. Tym razem nie wulgarny, czy prostacki, ale brakowało mu rytmu, płynności. Trochę czasu musiało minąć nim udało mi się do niego przyzwyczaić.
Dodam tylko, że pewne wartości dydaktyczne jednak ta książka miała. Po jej skończeniu, od razu pobiegłam do pokoju córki, by ją po prostu przytulić. Rodzicielskiej uwagi nigdy nie za dużo.
Gdy w niedzielę czytałam "Niewidzialnego" mąż zauważył, że jak się męczę i gdy usłyszał, że język powieści mnie drażni, stwierdził, że to dziwne, by zwracać na to uwagę.
A wy uważacie, że to dziwne? Bo dla mnie język jest ważny, nawet bardzo ważny. Oczywiście pomysł, akcja, postacie są niezbędne, ale wszystko zależy od tego jakimi słowami zostanie to opisane. W jaki sposób odróżniamy arcydzieło od przeciętnej książki? W końcu powieść to słowa, tylko słowa, albo aż słowa. Użyte umiejętnie budują klimat i najbłahsze wydarzenia mogą uczynić interesującymi. Źle dobrane zniechęcą nawet do najbardziej interesującej historii.