Szukaj na tym blogu

środa, 11 listopada 2015

Cztery oraz Wspólne dzierganie i czytanie 103

* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.

Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. * 

 

Tak zwany dzień wolny to mój najgorszy dzień na blogowanie, jakoś zawsze coś lub ktoś odciąga mnie od zaplanowanego pisanie. Ale w końcu jestem. 

Dzisiejszy wpis sponsoruje cyfra 4.

Już cztery razy zaczynałam wymyślać tę czapkę. Za pierwszym razem nie udawało mi się osiągnąć fikuśnego "ściągacza", więc po kilku dniach zrezygnowałam. Za drugim razem, doszłam mniej więcej do 1/3 wysokości czapki, gdy stwierdziłam, że prawa strona mi się nie podoba i lepiej będzie wyglądała lewa jako prawa i znowu musiałam zaczynać od początku. Za trzecim razem miałam już całą czapkę, ale doszłam do wniosku, że nie o taki kształt mi chodziło. Zaczęłam więc 4 raz. Mam nadzieję, że już ostatni. 

Ponieważ potrzebuję też małej mobilizacji to postanowiłam wyciągnąć na światło dzienne cztery swetry, które chciałabym jednak skończyć (te które pójdą do sprucia niech na razie pozostaną w ukryciu).

1. Szaro-fioletowy płaszczyk zaczęłam zeszłej jesieni. Została mi tak naprawdę plisa z przodu, tylko najpierw muszę trochę pozszywać.

2. Ten sweterek z Rowana miał iść do sprucia, ale jednak myślę, że dam mu drugą szansę. 

 

3. Te zielone bardziej teraz przypomina szal niż sweter, ale to naprawdę ma być sweter. Stanęłam w miejscu, bo nagle zaczęłam się zastanawiać jakie chciałabym mieć rękawy i w jaki sposób połączone z tułowiem i nie mogłam się zdecydować co zrobić.

 

4. A tutaj całkiem świeży produkt. Dlaczego tym razem stanęłam? Chyba przez czapkę, a może przez to, że trzeba wkroczyć z nitką i igłą? 

 

Nad którym waszym zdaniem mam się skupić na początek?

A na koniec 4 książki, których czytanie okupiłam łzami.

O dwóch z nich pisałam niedawno - "Drogi Gabrielu. List" oraz "Let IT Go. Wspomnienia Damy Stephanie Shirley" - przy tej książce płakałam jak bóbr po prostu. Teraz zaś czytam książkę ze zdjęcia - "Żona lotnika" i nie udało mi się powstrzymać od łez, gdy czytałam o porwaniu synka głównych bohaterów. 

Ale na pewno niebywale zadziwi Was, że płakałam również czytając książkę Beaty Sadowskiej "I jak tu nie biegać". Dosyć dawno temu pożyczyłam ją od Wioli, zaczęłam czytać, ale jakoś mnie nie wciągnęła. Dopiero w poprzedni weekend do niej dopadłam i nie odpuściłam póki całej nie przeczytałam. To książka po prostu o bieganiu, czyli o tym jak to się stało, że pani Beata zaczęła biegać i o tym co jej daje ta pasja.  Dlaczego więc płakałam? Trudno powiedzieć. Jakieś niezwykłe wrażenie zrobił na mnie głównie rozdział pt. "Jak nie biegam - kibicuję, czyli o frajdzie z wrzeszczenia i podawania żelków".

I tak sobie zastanowiłam się, kiedy to ja ostatnio płakałam ze śmiechu podczas czytania książki. Wybieram ostatnio prawie same poważne pozycje. 

A może mogłybyście mi polecić jakąś naprawdę śmieszną powieść? 

Zapraszam serdecznie uczestniczki WDiC, a także listopadowego maratonu blogowego do dodawania swoich linków - dziś dzień 11 pt. Cztery

   

 


   
   
 

      

wtorek, 10 listopada 2015

Jutro - listopadowego blogowania dzień 10

Dzisiaj mam tak naprawdę tylko jedną myśl do przekazania

Nie odkładaj życia na jutro. 

Bo może się okazać, że owo jutro nadeszło niespodziewanie szybko, a my będziemy patrzeć w lustro i mówić sobie właśnie to:


Tak, wszyscy jesteśmy zajęci, wszyscy mamy jakąś prace, może studia, dzieci, psy, koty, starszych rodziców, którymi trzeba się zająć, a jeszcze w domu trzeba posprzątać, obiad z 3 dań ugotować. Nie ma kiedy po nosie się podrapać, a co tu mówić o pomyśleniu o sobie. 

Nie namawiam Cię wcale do rzucenia mopem w kąt, zaniedbania rodziny i wybrania się w podróż swoich marzeń bez zastanowienia jak daleko można zajechać za ostatnie 5 dych z portfela. Nie namawiam Ci do skakania na bandżi, ani nawet do lotu szybowcem.

Namawiam Cię byś po prostu zatrzymała się i rozejrzała dookoła. W drodze z pracy popatrzyła na krople padającego deszczu, przeskoczyła kałużę, uśmiechnęła się do przemykającego przez ulicę kota. Szefowa nie była dziś łaskawa, a koleżanka potraktowała Cię jakbyś była niewidzialna, a na dodatek popsuła Ci się pralka, piec wymaga natychmiastowej wizyty fachowca, a student dopomina się swojego "kieszonkowego"? Weź głęboki oddech i powiedz do siebie - 

Świat jest piękny. Dziękuję Ci świecie, za to że jestem tu i teraz, za to piękne niebo, za to, że czuję wiatr i krople deszczu, za to że miałam po co wyjść z domu i za to, że mam dokąd wracać. 


Namawiam Cię byś w domu przytuliła się do męża, pogłaskała psa, zapytała córkę o czym marzy i może byście razem zaplanowały wyprawę na księżyc. A jak nie na księżyc to przynajmniej w jakieś bliższe miejsce. To nic, że nie masz teraz kasy lub czasu i nie wiesz, czy szef da Ci urlop. Możesz już dzisiaj sprawdzić tanie przeloty albo bilety autobusowe. Możesz już teraz poczytać o Barcelonie, Wiedniu, Londynie czy Rydze albo Pipkach Małych i stopniowo zdobyć jak najwięcej potrzebnych informacji, by zaplanować podróż marzeń.

To nic, że nie jesteś akurat w drodze, twoje marzenie już ma większą szansę się ziścić niż kiedykolwiek dotąd.


Namawiam Cię byś nie tylko przeglądała blogi i wzdychała jacy to ludzie są zdolni, potrafią takie cuda robić, a ty zawsze chciałaś malować, ale nie potrafisz. Wydrukuj z internetu kilka kolorowanek dla dorosłych, weź od syna kredki lub farbki i do dzieła. Powieś potem swoje prace na ścianach, czy naprawdę wszystko musi być w twoim domu białe? A może zawsze chciałaś nauczyć się dziergać, masz nawet druty lub szydełko oraz włóczkę i jakieś sto lat temu babcia Ci pokazywała co się z tym robi? A może potrafisz czarować cuda z koralików lub wikliny papierowej, czy po lubisz kraftować i bardzo chciałabyś kogoś nauczyć jak to się robi lub po prostu pogadać z pokrewnymi duszami?

W najbliższą sobotę możemy pomóc Ci spełnić przynajmniej to ostatnie marzenia. Przyjdź w sobotę o 16-tej do Klubokawiarni Poduszka przy ulicy Kościuszki 82 w Suwałkach na nasze spotkanie. 

 


♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Wpis ten jest dziesiątym  wpisem w 30 dniowym listopadowym maratonie blogowym. 

Tematy wyzwania do pobrania w formie pliku PDF 

 
   
   


poniedziałek, 9 listopada 2015

Podziwiam - listopadowego wyzwania dzień 8

Pewnie bym nigdy nie dowiedziała się o bohaterce mojego dzisiejszego wpisu, gdyby nie mój średni syn, student informatyki. Rozmawialiśmy nie tak dawno o tym, że kobiety nie mają szans w męskim świecie informatyki. Na studia informatycznie zdaje niewiele dziewczyn, w internecie można nieraz przeczytać niewybredne komentarzach o tym jak będą działały programy napisane przez dziewczyny. To był mój punkt widzenia. Oczywiście zaczęłam zauważać takie twory jak Geek Girl Carrots na fejsbuku albo kursy programowania tylko dla dziewczynek, ale zawsze myślałam, że to pieśń przyszłości. I wtedy mój syn uświadomił mi, że już w latach 50 i 60 kobiety zajmowały się programowaniem, a nawet zakładały firmy i rozwijały je do imponujących rozmiarów. 

Tak naprawdę to miał na myśli jedną kobietę Damę Stephanie "Steve" Shirley która jest jednym z najlepszych przedsiębiorców z dziedziny IT  a obecnie zajmuje się działalnością dobroczynną. Mieszka w Wielkie Brytanii, ale myśli i zawsze myślała globalnie. 

 

Let IT Go - dlaczego podziwiam Stephanie Shirley

Stephnie Shirley to tak naprawdę Vera Buchthal. 

Urodziła się w Niemczech w 1933 roku, jej ojciec był niemiecki Żydem, bardzo inteligentnym i zdolnym człowiekiem, który władał 7 językami, pięknie grał na skrzypcach, miał niesamowitą pamięć i był bardzo wrażliwym człowiekiem, a przede wszystkim  obiecującym sędzią, który miał przed sobą wielką karierę, a raczej miałby, gdyby nie polityka nazistowskich Niemiec wobec Żydów. Zanim Vera skończyła 5 lat rodzina przenosiła się z miasta do miasta, aż w końcu na progu wojny wylądowali w Wiedniu. Matka Very nie była Żydówką, była dobrze wykształconą Niemką, która jako żona zdolnego sędziego miała tylko leżeć i pachnieć. Vera miała starszą o 5 lat siostrę Renate. Ponieważ państwu Buchthal nie udało się wydostać zagranice, chociaż mieli rodzinę w Ameryce, postanowili uratować chociaż córki i wysłali je jednym z pociągów Kindertransport do Wielkiej Brytanii. 

Od przybycia do Wielkiej Brytanii Vera zyskała nową rodzinę

 - Guya i Ruby Smiths, którzy byli bezdzietni, niezbyt wykształceni, ale mieli dobre serca i postanowili przyjąć dziewczynki pod swój dach. Vera dosyć szybko się zaaklimatyzowała w nowej rodzinie i w nowym miejscu. Jej rodzice mieli dużo szczęścia, ponieważ ojciec sam uciekł z Austrii przez zieloną granicę i wkrótce matka dziewczynek również dotarła do Wielkiej Brytanii. 

Vera bardzo lubiła się uczyć i wkrótce odkryto, że ma talent do matematyki.

 Początkowo próbowano nakłonić ją by zajmowała się innymi dziedzinami nauki, takimi jak biologia, ponieważ nie uczono wtedy dziewczynek matematyki, ale wkrótce zorganizowano jej lekcje w szkole dla chłopców. 
Mimo zdolności i chęci do nauki Vera nie podjęła dalszej nauki na Uniwersytecie, po prostu nie było jej na to stać. Podjęła pracę i łączyła ją z nauką na kursach wieczorowych.
Gdy osiągnęła pełnoletność przyjęła obywatelstwo brytyjskie a w raz z nim wybrała nowe imię i nazwisko Stephanie Brook. 

Na początku pracowała jako technik w stacji badawczej poczty, 

gdzie poznała swojego męża Dereka Shirley. Derek zdobył jej serce tym, że był nie tylko skromnym i wytrwałym mężczyzną, ale również tym, że był bardzo inteligentny, nawet inteligentniejszy od niej.  W początkowych latach znajomości Stephanie robiła na drutach i tak o to opowiadała o tym:
"I had, for some reason, decided to take up knitting, and during the good spells I spent many of my leisure hours knitting him a sweater. Then, during the “off” phases, the knitting would stop - while at particularly low points I would even start unpicking the work that I had already done."

 "Z pewnych powodów zaczęłam robić na drutach i w dobrych czasach spędzałam mój wolny czas na dzierganiu mu swetra. Następnie, gdy nadchodziła faza "ochłodzenia" przestawałam robić na drutach, a gdy nasz związek przechodził trudne okresy nawet zaczynałam zdejmować przerobione wcześniej oczka. "

"So the idea of marriage was put to one side, and we carried on, knitting, unpicking and reknitting our relationship without really going anywhere."

"Tak więc podjęcie decyzji o małżeństwie zostało odłożone na później i my tak trwaliśmy, dziergając, zdejmując oczka i na nowo dziergając nasz związek, nie wiedząc naprawdę dokąd zmierzamy. "(strasznie chropowate te moje tłumaczenie, niestety)

Po ślubie Stephanie musiała odejść z pracy, było to bardzo źle widziane by małżeństwa pracowały w jednym miejscu razem. 

Przeszła więc do innej firmy, w której praca bardzo jej się podobała. Zajmowała się właśnie tym co lubiła najbardziej i co najbardziej ją pociągało - komputerami i pisaniem programów komputerowych. 

Jednakże i w tej firmie trafiła na "szklany sufit". 

Po jednej takiej sytuacji, gdy próbowała przedstawić na forum swój pomysł dotyczący sprzedaży, a uciszono ją, mówiąc, że to nie jej sprawa, podjęła decyzję, że odchodzi z firmy i zakłada swoją własną. 

Postanowiła założyć firmę mając tylko 6 funtów

 i szalony pomysł by sprzedawać oprogramowanie do komputerów. Było to w 1962 roku, w czasie, gdy oprogramowanie dodawano do komputerów tak jak instrukcję obsługi. Poza tym jej szalony pomysł polegał również na tym, że będzie pracowała z domu i zatrudniała inne kobiety, które wypadły z rynku pracy w chwili zamążpójścia i urodzenia dzieci. Wysyłała dziesiątki ofert, ale nie było na nie żadnego odzewu. Jej mąż zwrócił jej uwagę, że prawdopodobnie powodem tego jest po prostu jej płeć i zasugerował, aby podpisywała wszystkie listy jako Steve. I tak od tej pory została Stevem. 

Podstawą jej firmy była praca z najlepszymi programistami kobietami. 

W roku 1966 procowała dla jej firmy okołu 75 freelancerów. Praca polegała na tym, że niektóre osoby pisały programy, a potem kolejne przepisywały na specjalne taśmy, a to było sprawdzane przez kolejną osobę. Dzięki temu firma była wiarygodna, a do tego zawsze wiedziano ile pracy dla danego klienta zostało już wykonane (w procentach) i do kiedy zadanie będzie ukończone. 

 Jej firma rozwijała się coraz szybciej, przetrwała kryzys początku lat 70-tych, przetrwała zdradę najlepszej przyjaciółki i dyrektora firmy, które otworzyła konkurencyjną firmę zabierając część programistów i klientów. Przetrwała też jej największe osobiste kryzysy. 

Stephanie Shirley miała autystycznego syna Gilesa,

 który cierpiał na bardzo skrajną formę autyzmu, która sprawiała, że stanowiła zagrożenie dla siebie samego i innych. Początkowo Giles chodził do szkoły, a potem wracał do domu, gdzie potrafił wszystko psuć, niszczyć, a przede wszystkim ranić innych i siebie stukając np. głową o ścianę lub podłogę. Nie był już małym i przystojnym jak aniołek chłopcem, a coraz silniejszym i trudnym do opanowania nastolatkiem.  Stephanie pracowała cały czas z domu, raza w tygodniu  jeździła na spotkania z klientami. Pracowała po kilkanaście godzin na dobę, paliła nawet 3 paczki papierosów dziennie i często nie mogła spać zamartwiając się zdrowiem syna i problemami w firmie, co doprowadził ją do załamania nerwowego. Wtedy to i Stephanie i Giles trafili do szpitala. Stephanie spędziła w szpitalu miesiąc, a w sumie pół roku zajęło jej dochodzenie do zdrowia i powrót do pełni sił, zaś Giles został umieszczony w szpitalu zamkniętym na kilkanaście lat. 

Trzeba pamiętać, że działo się to w latach 70 i 80-dziesiątych,

 kiedy to jeszcze naprawdę nie wiedziano jak radzić sobie z problemem agresywnych zachowań i było niewiele ośrodków, a raczej pewnie nie było wcale, w których leczono takie przypadki autyzmu. Prawda jest taka, że wtedy w ogóle nie leczono jeszcze autyzmu, a obwiniano o chorobę rodziców, a szczególnie matki, które nazywano matkami lodówkami, czyli zimnymi, nie dającymi swoim dzieciom czułości. 

Dopiero, gdy Giles miał ponad 20 lat,

 a matka Stephanie zmarła i zostawiła w spadku pieniądze dla Gilesa, postanowili kupić dom w pobliżu szpitala, do którego mogli by zabierać syna na cotygodniowe weekendowe pikniki. Wkrótce zdecydowali się zabrać syna całkowicie ze szpitala i umieścić go w owym domu, wynajmując mu do tego właściwą opiekę - pielęgniarzy, który wcześniej pracowali w szpitalu. W późniejszym czasie zaoferowali oni miejsce w tym domu dwóm innym dorosłym autystykom, a z czasem zorganizowali jeszcze 2 domy dla dorosłych autystyków. 

Zbiegło się to z przejściem Stephanie na emeryturę,

 a także wprowadzeniem przez jej następców firmy na giełdę. Wybaczcie, że nie przytoczę liczb, ale dość powiedzieć, że wkrótce Stephanie znalazła się na liście 10 najbogatszych osób w Wielkiej Brytanii, a także 70 osób spośród pracowników jej firmy zostało milionerami. 
Od samego początku, gdy tylko firma przynosiła zyski, jej właścicielka dzieliła się nimi ze swoimi współpracownikami, początkowo wysyłała co pół roku czeki "premię", a potem zaczęła przekazywać część zysków firmy na specjalny fundusz, tak że pracownicy stawali się współwłaścicielami firmy. Sprzedawała też po bardzo preferencyjnych cenach udziały w firmie, co doprowadziło do tego, że ponad połowa firmy należała do jej współpracowników. 

Było to związane z jej idealistyczną wizją, że ludzie, którzy czują się współwłaścicielami firmy pracują lepiej (potwierdzoną zresztą badaniami naukowymi), że im się te zyski czy udziały po prostu należą.
"It workforce were not sullen, submissive employees. They were self motivated, self-starters who loved and understood what they did and took pride in and responsibility for their work."
(Siłą roboczą firmy nie byli ponurzy i ulegli pracownicy. To osoby, które same się motywowały i tworzyły swoje miejsce pracy i które kochały i rozumiały to co robiły i czuły się dumne i odpowiedzialne za swoją firmę.)

Doprowadziło to jednak do tego, że powoli musiała się pogodzić, że firma, jej nowe kierownictwo radzi sobie bez niej, a nawet nie życzy sobie jej obecności.


Wtedy to Stephanie poświęciła się organizowaniu opieki dla podobnych do Gilesa osób z autyzmem. 

W czasie jednej z podróży do USA odwiedziła w Bostonie szkołę prowadzoną przez fundację Hagashi, gdzie ze zdumieniem odkryła, że osoby z autyzmem poddane odpowiedniej terapii, mogą robić postępy i  nabywać pewne  umiejętności. Postanowiła zorganizować taką szkołę w Wielkiej Brytanii. Niestety Giles wkrótce zmarł, ponieważ oprócz autyzmu cierpiał także z powodu dosyć częstej u osób autystycznej padaczki. Stephanie mimo to, a może nawet z tym większym zaangażowaniem poświęciła się powstaniu takiej szkoły, ale przede wszystkim walce z tą straszną chorobą. Co roku przeznacza miliony na (w sumie do tej pory wydała 67 milionów funtów) na działalność charytatywną. Jej działalność nie polega na rozdawaniu pieniędzy bezpośrednio potrzebującym, chociaż cały czas jej fundacje utrzymują domy dla osób autystycznych oraz szkołe Prior's Court podobną do tej w Bostonie, ale na poszukiwaniu przyczyn tej choroby, na poszukiwaniu genomu odpowiedzialnego za autyzm i w końcu znalezieniu skutecznego lekarstwa. 

Ma ona na swoim koncie całą listę tytułów, piastowała różne funkcje, prowadziła, organizowała, przewodziła różnym organizacją okołobiznesowym i filantropijnym. 


Rozpisałam się dzisiaj - zawsze możecie obejrzeć sobie jej świetne wystąpnienie na TEDex pt. Dlaczego ambitne kobiety mają płaskie głowy?   (niestety też sobie napisy trzeba przeczytać).

Żeby powiedzieć dlaczego podziwiam tę kobietę muszę przytoczyć kilka zdań z jej biografii (i dodać moje kalekie tłumaczenie na polski). 

Czym kierowała się w życiu i odnosiło się to jej ocalenia w roku 1939
" But (...) a simple resolution took root deep in my heart: I had to make sure that mine was a life that had been worth saving"

"Ale proste postanowienie zakorzeniło się w moim sercu: Muszę zrobić wszystko, aby sprawić by moje życie było, tym które warto było uratować. "


Kiedy zmieniła pracę na taką, która pozwalała jej godzić rolę żony i pracownika zastanawiała się:
"It wasn’t that there was anything wrong with our relationship; it was more a feeling that, somehow, I was once again limiting myself in order to fit in with other people’s preconceptions."

"Nie chodziło o to, że coś było nie tak w naszym związku; to był bardziej uczucie, że w jakiś sposób, znowu ograniczałam się, aby dopasować się do czyichś uprzedzeń". 


O swojej firmie pisze:
"It was enterprise founded on trust." "To było przedsięwzięcie oparte na zaufaniu."

A przede wszystkim o swoim życiu:
"Another thing my experience of life has taught me is that the only people who achieve on a grand scale are those who dream on a grand scale." 

"Wszystko czego moje doświadczenie życiowe mnie nauczyło, to to, że tylko ci ludzie mają osiągnięcia na naprawdę dużą skalę, którzy marzą na dużą skalę."

"Since 1994 I have been involved in nearly 100 philanthropic projects, leaving me with less than a tenth of the wealth I once had.
I have ring-fenced a little to ensure that Derek and I can live out the remainder of our lives without fear of poverty, but the rest I hope to give away, in my lifetime, to autism-related causes." 

"Od 1994 roku byłam związana z prawie 100 filantropijnymi projektami, co sprawiło, że zostało mi mniej niż 1/10 majątku, który posiadałam. Mam wydzieloną niewielką kwotę, która zapewni Derekowi i mi życie bez wizji ubóstwa, ale resztę mam nadzieję oddać, jeszcze za życia, na przedsięwzięcia  związane z autyzmem."


Bardzo polecam jej autobiografię (niestety dostępna tylko w języku angielskim) Let IT Go * - The Memoirs of Dame Stephanie Shirley. 

* Let it go - znaczy odpuść, w tym przypadku o trudnej sztuce odpuszczania, ale IT to skrót od Information Technology, czyli po prostu informatyka, od której zaczęła się całe jej firma, a także jest to jedna z najprężniej rozwijających się dziedzin. 

Podsumowując - podziwiam ją za to, że wierzyła w siebie, walczyła o swoje prawa sama sobie tworząc miejsce pracy, nie poddawała się, myślała zawsze szeroko, miała wizje i nie wahała się podążać za nią   oraz oczywiście za to, że walczy z tą podstępną choroba jaką jest autyzm. 


♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Wpis ten jest piątym  wpisem w 30 dniowym listopadowym maratonie blogowym. 

Tematy wyzwania do pobrania w formie pliku PDF 

 

 
   

   


niedziela, 8 listopada 2015

Obraz - listopadowego blogowania dzień 9

Wybaczcie, ale dzisiaj muszę się dopuścić drobnego oszustwa i zamienić dni. I dzisiaj będzie wpis z dnia 9, a dopiero jutro z dnia 8. 

Dziś oddaję głos po prostu Oldze Boznańskiej i jej obrazowi "Japonka" 


Olej na desce - 1889 rok.


♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
To jest moja interpretacja tematu 9 pt. Obraz w moim 30 dniowym listopadowym blogowaniu. 
 
 
 
   
   

sobota, 7 listopada 2015

Jak robić na drutach, by nie zrobić sobie krzywdy.

Jeśli czytacie mojego bloga od jakiegoś czasu, to na pewno pamiętacie, że na wiosnę miałam bardzo poważny kryzys dziergacza. Nie był to kryzys twórczy, związany z kreatywnością, brakiem weny, czy czymś podobnym, a coś znacznie dla mnie gorszego - kryzys był związany z przepracowaniem mojej prawej ręki, który zaczął się od tego, że po wielu godzinach szydełkowania prawie bez przerwy, najpierw bolał mnie nadgarstek, po pewnym czasie doszedł do tego ból łokcia i całego ramienia. Nie tylko nie mogłam robić na drutach, z trudnością trzymałam pędzel lub długopis, to jeszcze do tego miałam po prostu problem ze spaniem i musiałam usztywniać sobie rękę do spania i starać się spać tak by w jakikolwiek sposób nie naciskać w czasie snu na rękę.

Trwało to kilka miesięcy i obiecałam sobie NIGDY WIĘCEJ. 

Po pierwsze pożegnałam się z szydełkiem na zawsze. A ponieważ szydełkowanie było i tak tylko okazjonalną czynnością, więc żalu wielkiego nie ma.  

Oczywiście samo szydełkowanie przez kilka godzin z rzędu nie było główną przyczyną, a tylko było kroplą, która przelała czarę. 

Po prostu nie pamiętałam o higienie pracy. 

Tak, nawet robiąc na drutach trzeba pamiętać o higienie pracy.

Zebrałam taki zestaw rad z różnych miejsc w internecie, ale oczywiście nie jestem ani lekarzem, ani fizjoterapeutą. 

1. Należy wybrać taką metodę, która będzie wymagała jak najmniejszej ilości ruchów nadgarstka - u mnie w przedbiegach odpada metoda angielska, a także musiałam zrezygnować z metody rosyjskiej i powrócić do starej kontynentalnej, czy też niemieckiej. 
Dobrze jest po prostu poeksperymentować i wybrać metodę, która sprawia nam najmniej bólu, a najlepiej wcale go nie sprawia. 

2. Trzeba robić przerwy.   Czyli możemy dziergać przez 30 - 40 minut, a następnie należy odłożyć robótkę na 10 - 15 minut. W tym czasie wstać, przejść się po pokoju, rozciągnąć się, a nawet trochę się pogimnastykować.  To bardzo dobry moment, by pójść po szklankę wody. 

3. Jak powszechnie wiadomo picie wody jest dobre na wszystko i na choroby zwyrodnieniowe stawów i na bóle głowy. Być może między innymi picie wody, które było jednym z moich głównych celi na miesiące letnie, pomogło mi wyzbyć się mojej kontuzji.

4.  Trzeba też ograniczyć kontakt ręki z myszką komputerową. Unikam stron, na których trzeba skrolować, by przejrzeć zawartość strony i dlatego też nie bardzo lubię fejsbuka, bo zmusza mnie do kontaktu z myszką. Jestem świadoma, że można całkowicie zrezygnować z używania myszki, ale nie wiem czy jestem gotowa na taką naukę ;-) Tak naprawdę, to musiałam bardzo ale to bardzo mocno ograniczyć korzystanie z komputera w czasie mojej kontuzji, a jeśli już korzystałam, to klawiaturę miałam (i cały czas tak mam) ustawioną na biurku, bym mogła położyć całe przedramię na biurku. Skończyło się surfowanie w necie z laptopem na kolanach.

5. Dobrze jest zmieniać robótki, czyli mieć kilka projektów w toku, w których używamy różnej grubości drutów i nitki. W ten sposób za każdym razem ćwiczymy trochę inne partie mięśni dłoni. (Przynajmniej jakieś usprawiedliwienie dla moich wciąż to nowych zaczętych robótek)

6. Najlepiej jest robić używając drutów na żyłce. Po pierwsze krótsze druty są po prostu lżejsze, a poza tym  ciężar robótki częściej będzie lądował na naszych kolanach, a nie "wisiał" na prawej lub lewej ręce. 

7.  Jeśli zaczynają boleć nas ręce, ramiona czy plecy, to już naprawdę znak, by zrobić przerwę lub nawet odłożyć robótkę na inny czas, a nie powtarzać "Jeszcze tylko ten rząd". Jeśli boimy się, że zapomnimy co mamy robić dalej, należy sobie zapisać, gdzie we wzorze jesteśmy, a nawet napisać, co powinniśmy robić dalej. 


8. Ważna jest odpowiednia postawa przy robieniu na drutach. Czyli lepiej robić siedząc na wygodnym i stabilnym krześle dającym podparcie plecom, niż na fotelu, w którym się zapadamy.

* Trzeba oczywiście siedzieć prosto, ale  opierając się na oparciu i należy pamiętać o tym by ramiona dotykały oparcia. 

* Ramiona powinny być opuszczone i luźne.

* Jedną z porad, którą mam zamiar wypróbować, to taka, że dobrze jest położyć sobie poduszkę na kolana i wtedy będziemy wiedziały na jakiej wysokości jest najlepiej trzymać robótkę.

* Brzuch powinien być wciągnięty.  

* I najważniejsza, a przy tym najtrudniejsze dla mnie, bo uwielbiam w czasie robienia na drutach siedzieć po amerykańsku, czyli z nogami na stole - należy dotykać stopami, tzn całą ich powieszchnią do podłogi. 

Z tego wniosek, że najlepszą postawę mam, gdy robię na drutach siedząc przy biurku, a nie w salonie przed telewizorem. 

A Wy pamiętacie o odpowiedniej postawie przy dzierganiu?


♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
To jest moja interpretacja dzisiejszego tematu pt. Nogi w moim 30 dniowym listopadowym blogowaniu. 


 
   

   

piątek, 6 listopada 2015

Niebieski - listopadowego blogowanie dzień 6.

Pod koniec września już Wam marudziłam, że czuję się jak sierotka, bo obaj moi najstarsi synowie wyjechali na studia. Oprócz poczucia opuszczenia i pustki, odczuwam też dosyć boleśnie ich brak, kiedy chciałabym wyjść z mężem z domu, tzn. oboje na raz w tym samym czasie. Nie mamy po prostu z kim zostawić Julka, a z Julkiem robienie zdjęć jest dosyć ciężkie, bo zawsze jedno z nas musi go mieć na oku, a najlepiej najdalej kilka centymetrów od siebie. 

Tak więc znowu zdjęcia domowe, robione w listopadowych warunkach. A w sumie to tylko jedno poglądowe zdjęcie.

Tym razem niebieska wełniana chusta, zrobiona z jednego motka 100g - jakieś 350m.
Wzór jak zwykle radosna twórczość własna.



♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Wpis ten jest piątym  wpisem w 30 dniowym listopadowym maratonie blogowym. 

Tematy wyzwania do pobrania w formie pliku PDF